Nie opłaca się to pani!
Ten list otrzymaliśmy od elblążanki niezadowolonej z jakości usług gastronomicznych oferowanych przez restaurację „Admirał”.
„W ubiegły weekend wraz ze znajomymi wybrałam się na wieczorne spotkanie do ogródka przy statku „Admirał” na Starym Mieście. Rok temu spędziliśmy tam uroczy wieczór przy dobrej rybie i zamarzyła nam się powtórka. Zależało nam, aby, korzystając z dobrej pogody, posiedzieć wspólnie na świeżym powietrzu nad rzeką.
Najpierw (tuż po godz. 18) pod statek podjechał wóz asenizacyjny i zaczął wybierać ścieki. Zasmrodził pół bulwaru, goście przy stolikach zamarli zadziwieni, że takich rzeczy nie robi się o innej porze dnia. Potem było już tylko ciekawiej...
Ładna i miła kelnerka okazała się jedną wielką niekompetencją: nie miała pojęcia o menu, bez przymusu nie zmieniała popielniczek (w ogóle nie była czuła na ich zawartość). Czasem biegała do barmana na konsultacje, ale to też wiele nie dało. Pierwszą whisky przyniesiono w szklance (nota bene: takiej reklamowej, kupowanej razem z butelką). Ale to chyba była jedyna szklanka w barze, bo następną whisky przynoszono już w małych kieliszkach do wódki i żadne uwagi nie skutkowały. Za to, mimo prośby o colę w butelce, przynoszono ją w wysokiej szklance, do tego z plastrem cytryny, fe! Zamówiona flądra okazała się wielkości... małej damskiej dłoni (12 zł za 100 g!), zamówiona następna duża flądra pewnie miała z 2,5 cm długości więcej... Zamówione filety z pstrąga okazały się bardzo dużymi pstrągami pieczonymi w całości i oczywiście z całą zawartością ości. Frytek nie liczyliśmy, a szkoda, może ich było z kilkanaście w porcji. Lody (bardzo dobre w ubiegłym roku) wyglądały na jakieś kupne „calipsiaki” polane sosem i śmietaną. A na zamówienie kawy espresso kelnerka odpowiedziała: „Nie opłaca się to pani! To taka mała kawa.”
Nie opłacało nam się to całe wieczorne spotkanie, za które zresztą zapłaciliśmy sporo ponad 300 zł! Tylko świetne samopoczucie i radość ze wspólnego przebywania nie skróciła nam tego pobytu. Wspominać będziemy to zapewne długo...
Teraz myślę jednak, że cała ta sytuacja była wielce skandaliczna. Nie o taki standard usług gastronomicznych na Starym Mieście powinno nam chodzić. Tym bardziej, że to jedyny ogródek gastronomiczny bezpośrednio nad wodą, więc goście chętnie tam zachodzą. Do tego na Starym Mieście nie ma ani jednej smażalni ryb z prawdziwego zdarzenia.
Powyższe wynurzenia na temat jakości spędzenia wolnego czasu na kolacji z przyjaciółmi na staromiejskim szlaku traktuję jako przyczynek do uważniejszego przyjrzenia się oferowanym tu usługom gastronomicznym. Powinno nam zależeć na odpowiednim poziomie tych usług, żeby, po pierwsze, nie być przez właścicieli lokali ewidentnie nabijanym w butelkę, a po drugie - żeby nie wstydzić się przed gośćmi.
Elblążanka
PS. Nazwisko i telefon podaję do wiadomości redakcji i właściciela „Admirała”, jeśli poprosi o dodatkowe wyjaśnienia.”
Najpierw (tuż po godz. 18) pod statek podjechał wóz asenizacyjny i zaczął wybierać ścieki. Zasmrodził pół bulwaru, goście przy stolikach zamarli zadziwieni, że takich rzeczy nie robi się o innej porze dnia. Potem było już tylko ciekawiej...
Ładna i miła kelnerka okazała się jedną wielką niekompetencją: nie miała pojęcia o menu, bez przymusu nie zmieniała popielniczek (w ogóle nie była czuła na ich zawartość). Czasem biegała do barmana na konsultacje, ale to też wiele nie dało. Pierwszą whisky przyniesiono w szklance (nota bene: takiej reklamowej, kupowanej razem z butelką). Ale to chyba była jedyna szklanka w barze, bo następną whisky przynoszono już w małych kieliszkach do wódki i żadne uwagi nie skutkowały. Za to, mimo prośby o colę w butelce, przynoszono ją w wysokiej szklance, do tego z plastrem cytryny, fe! Zamówiona flądra okazała się wielkości... małej damskiej dłoni (12 zł za 100 g!), zamówiona następna duża flądra pewnie miała z 2,5 cm długości więcej... Zamówione filety z pstrąga okazały się bardzo dużymi pstrągami pieczonymi w całości i oczywiście z całą zawartością ości. Frytek nie liczyliśmy, a szkoda, może ich było z kilkanaście w porcji. Lody (bardzo dobre w ubiegłym roku) wyglądały na jakieś kupne „calipsiaki” polane sosem i śmietaną. A na zamówienie kawy espresso kelnerka odpowiedziała: „Nie opłaca się to pani! To taka mała kawa.”
Nie opłacało nam się to całe wieczorne spotkanie, za które zresztą zapłaciliśmy sporo ponad 300 zł! Tylko świetne samopoczucie i radość ze wspólnego przebywania nie skróciła nam tego pobytu. Wspominać będziemy to zapewne długo...
Teraz myślę jednak, że cała ta sytuacja była wielce skandaliczna. Nie o taki standard usług gastronomicznych na Starym Mieście powinno nam chodzić. Tym bardziej, że to jedyny ogródek gastronomiczny bezpośrednio nad wodą, więc goście chętnie tam zachodzą. Do tego na Starym Mieście nie ma ani jednej smażalni ryb z prawdziwego zdarzenia.
Powyższe wynurzenia na temat jakości spędzenia wolnego czasu na kolacji z przyjaciółmi na staromiejskim szlaku traktuję jako przyczynek do uważniejszego przyjrzenia się oferowanym tu usługom gastronomicznym. Powinno nam zależeć na odpowiednim poziomie tych usług, żeby, po pierwsze, nie być przez właścicieli lokali ewidentnie nabijanym w butelkę, a po drugie - żeby nie wstydzić się przed gośćmi.
Elblążanka
PS. Nazwisko i telefon podaję do wiadomości redakcji i właściciela „Admirała”, jeśli poprosi o dodatkowe wyjaśnienia.”