Dobry żart tymfa wart
Dziś (1 kwietnia) przypada święto żartów, psikusów i śmiechu. Swój początek prima aprilis zawdzięcza prawdopodobnie Francuzom, a konkretnie królowi Karolowi IX, który w 1564 roku, reformując narodowy kalendarz, zmienił obchodzony pierwszy dzień nowego roku z 1 kwietnia (i z innych obowiązujących w tym czasie w różnych regionach kraju dat), na 1 stycznia.
Chaos związany z „nową” datą obchodzenia początku roku kalendarzowego przyczynił się do licznych pomyłek, celowego wprowadzania w błąd (np. podczas zawierania umów handlowych) i żartów właśnie, stąd do dziś 1 kwietnia w Wielkiej Brytanii nazywany jest Dniem Głupca, we Francji Dniem Ryby, a w Rosji Dniem śmiechu.
Tymf – czyli ile?
Powiedzenie „Dobry żart tymfa wart” funkcjonuje w Polskiej kulturze od przeszło dwóch wieków, łącząc w sobie kilka historycznych tajemnic.
Sam tymf (nazywany niekiedy również tynfem) to potoczna nazwa polskich srebrnych złotówek, bitych w latach 1663-1666, początkowo w mennicach bydgoskiej i krakowskiej, a później także we lwowskiej. Deklarowany nominał tej monety wynosił 30 groszy, jednak srebro użyte do jej produkcji było źle rozwalcowane (przez co napisy były słabo czytelne) i miało wartość nie większą niż 10-15 groszy, co spowodowane było trudnościami skarbu królewskiego po wojnie ze Szwedami. Na awersie monety widniał trzyliterowy monogram króla Jana Kazimierza „ICR” - czyli Ioannes Casimirus Rex, co złośliwie, przez wzgląd na niską zawartość srebra w monecie, interpretowano jako Initium Calamitatis Regni – czyli „początek nieszczęść królestwa”.
Dodatkowo przy okazji bicia tych „tanich” złotówek dzierżawca mennic koronnych Andrzej Tymf, od którego nazwiska pochodzi nazwa, dopuścił się nadużyć, które zmusiły go do ucieczki z Polski, gdyż kraj pogrążał się w biedzie. W tej sytuacji powstało nieco ironiczne w swej genezie powiedzenie, gdyż błaznom i kuglarzom na odpustowych jarmarkach właśnie tyle wrzucano „do kapelusza”, choć przy pogłębiającym się kryzysie gospodarczym był to raczej śmiech przez łzy…
W czasach późniejszych, w latach 1752-1755 tymfy nakazał jeszcze bić w mennicy lipskiej król August III Sas. Miały już one lepszą jakość i do dzisiejszych czasów zdobią zbiory wielu numizmatyków.
A żarty i psikusy? One, pod warunkiem, że nie robią nikomu krzywdy, a przyprawiają o zdrowy śmiech, są bezcenne w każdym czasie.
Tymf – czyli ile?
Powiedzenie „Dobry żart tymfa wart” funkcjonuje w Polskiej kulturze od przeszło dwóch wieków, łącząc w sobie kilka historycznych tajemnic.
Sam tymf (nazywany niekiedy również tynfem) to potoczna nazwa polskich srebrnych złotówek, bitych w latach 1663-1666, początkowo w mennicach bydgoskiej i krakowskiej, a później także we lwowskiej. Deklarowany nominał tej monety wynosił 30 groszy, jednak srebro użyte do jej produkcji było źle rozwalcowane (przez co napisy były słabo czytelne) i miało wartość nie większą niż 10-15 groszy, co spowodowane było trudnościami skarbu królewskiego po wojnie ze Szwedami. Na awersie monety widniał trzyliterowy monogram króla Jana Kazimierza „ICR” - czyli Ioannes Casimirus Rex, co złośliwie, przez wzgląd na niską zawartość srebra w monecie, interpretowano jako Initium Calamitatis Regni – czyli „początek nieszczęść królestwa”.
Dodatkowo przy okazji bicia tych „tanich” złotówek dzierżawca mennic koronnych Andrzej Tymf, od którego nazwiska pochodzi nazwa, dopuścił się nadużyć, które zmusiły go do ucieczki z Polski, gdyż kraj pogrążał się w biedzie. W tej sytuacji powstało nieco ironiczne w swej genezie powiedzenie, gdyż błaznom i kuglarzom na odpustowych jarmarkach właśnie tyle wrzucano „do kapelusza”, choć przy pogłębiającym się kryzysie gospodarczym był to raczej śmiech przez łzy…
W czasach późniejszych, w latach 1752-1755 tymfy nakazał jeszcze bić w mennicy lipskiej król August III Sas. Miały już one lepszą jakość i do dzisiejszych czasów zdobią zbiory wielu numizmatyków.
A żarty i psikusy? One, pod warunkiem, że nie robią nikomu krzywdy, a przyprawiają o zdrowy śmiech, są bezcenne w każdym czasie.
mk