Elblążanin gotował dla papieża (przed kanonizacją)

Sałatka z łososia, galantyna z drobiu, zupa „Cztery pory roku”, zrazy z kurczaka w sosie miodowym, ryż z rodzynkami i ananasem, szparagi z masłem – takie menu przygotował dla Jana Pawła II, z okazji jego wizyty w Pelplinie w 1999 roku, elblążanin Henryk Kowalski. W przededniu kanonizacji papieża Polaka pan Henryk wspomina chwile spędzone u boku Ojca Świętego.
- Prowadziliśmy kiedyś z żoną ogromną stołówkę dla Zakładu Celulozy w Kwidzynie. Jedna z pracujących tam kasjerek przeprowadziła się do Tczewa, gdzie poznała pewnego człowieka, który dostał propozycję przygotowania obiadu dla papieża podczas jego pobytu w Pelplinie. Tyle, że on się bał. Powiedział, że może zorganizować kelnerów, całą oprawę, obrusy. Nie wiedział jednak, jak sobie poradzić z kuchnią. Spotkaliśmy się z tym człowiekiem i po pewnych negocjacjach ustaliliśmy, że z wielką chęcią przygotujemy posiłek dla Ojca Świętego. Zaproponowaliśmy trzy zestawy obiadowe. Wtedy ten znajomy pojechał do biskupa, który zdecydował się na jeden z nich.
- Przygotował pan obiad dla papieża dokładnie 6 czerwca 1999 roku podczas jego wizyty w Pelplinie...
- W tym czasie nie pracowaliśmy już w Kwidzynie. Z czasem zlikwidowano naszą stołówkę i przyjechaliśmy do Elbląga, gdzie mieliśmy mieszkanie. W międzyczasie kupiliśmy w Krynicy Morskiej bar „Bosmański”. Gdy pracowaliśmy w Krynicy, nasza znajoma kasjerka z czasów Kwidzyna przyjechała do nas ze wspomnianym wcześniej panem i po negocjacjach zgodziliśmy się, że przygotujemy obiad dla papieża. My byliśmy odpowiedzialni za jadłospis, całą kuchnię, a on miał dostarczyć wszystkie produkty. Dzień przed przyjazdem papieża z samego rana pojechaliśmy z żoną do Tczewa, gdzie mieliśmy przygotować obiad. Gotowaliśmy tam cały dzień i prawie całą noc. Potem zdrzemnęliśmy się trochę i wyruszyliśmy do Pelplina. Jednak papieża zobaczyliśmy dopiero po obiedzie. Jedynie kelnerzy mieli z nim kontakt w trakcie obiadu.
- Czyli czekali państwo w napięciu w kuchni, wiedząc, że tuż za drzwiami siedzi tak wielka osobistość?
- Tak, gdy papież przyjechał po odprawionym w Pelplinie nabożeństwie do Pałacu Biskupiego, my byliśmy zamknięci w kuchni. Była pełna obstawa i w ogóle nie mogliśmy stamtąd wyjść. Mogliśmy przebywać tylko w tym pałacu. Nie mogliśmy wychodzić nawet do ogrodu.
- Nie widzieli państwo papieża podczas obiadu, ale pewnie opowiadano wam, jak mniej więcej ten obiad przebiegał?
- W tamtym czasie papież miał już spore problemy ze zdrowiem i musiał trzymać się diety. Podczas tamtej pielgrzymki była przy nim siostra zakonna, która pilnowała, by za dużo nie zjadł. Pamiętam też, że papież pił tylko przywiezioną przez siebie herbatę i siostra dbała o to, by właśnie tę herbatę mu podano. Prosiła też, by broń Boże nie wkładać mu za dużo na talerz, żeby raczej nie dojadł niż się przejadł. Jednak papież jak to papież - robił, co chciał. Wcale jej nie słuchał.
- Takiego Jana Pawła II pamiętamy! Były rzecznik Watykanu Joaquin Navarro-Valls zdradził podobno kiedyś w wywiadzie dla włoskiego dziennika, że niezbyt ważne było dla Jana Pawła II, co miał przed sobą na talerzu. Co jeszcze zapamiętał Pan z tamtej papieskiej wizyty?
- Pamiętam, że przy papieżu był też mężczyzna, który trzymał w ręku plan wizyty papieskiej i przestrzegał go co do minuty. Ciągle patrzył na zegarek i pospieszał gości mówiąc: „Idziemy już, idziemy”. Poprosiliśmy wtedy Stanisława Dziwisza o krótkie spotkanie z papieżem, bo przecież kelnerzy mieli z nim kontakt cały czas, a my siedzieliśmy w kuchni. Kardynał Dziwisz na to, że oczywiście, że koniecznie musimy się z nim zobaczyć. I wtedy Ojciec Święty podziękował kelnerom i kucharzom za wspaniały obiad. Właściwie tylko dzięki kardynałowi mogliśmy spotkać się z papieżem, bo ten człowiek z grafikiem w ręku ciągle wszystkich poganiał. Mówił, że jeszcze dziś musimy polecieć do Elbląga. A Dziwisz na to, że najwyżej się spóźnimy, ale papież musi się z nami zobaczyć. Sam papież rzekł, że nie wyjdzie stąd, jeśli najpierw się z nami nie przywita.
- Zobaczył się z wami i…?
- I sparaliżowało nas wszystkich. Gdy podawaliśmy mu dłoń, każdy z nas czuł się bardzo dziwnie. Po prostu człowiek głupiał. Początkowo myślałem, że tylko ja się tak czuję, a tak czuli się wszyscy. Nie mogliśmy wydobyć z siebie żadnego słowa. Nikomu z nas nie przyszło do głowy, by coś mu powiedzieć lub do niego zagadać. Roztaczała się nad nim jakaś aura świętości.