UWAGA!

----

Kamperem przez piaski Sahary i nie tylko

 Elbląg, Słoweńskie Alpy
Słoweńskie Alpy (fot. archiwum Mateusza Kosińskiego)

- Jak raz człowiek złapie ten haust wolności, to będzie chciał więcej i więcej. Szczególnie że na mapie świata jest wciąż tyle miejsc, gdzie jeszcze nie byliśmy... – mówi Mateusz Kosiński z Elbląga, który wraz z żoną i dwójką dzieci podróżuje kamperem po Tunezji. Zobacz zdjęcia.

Rafał Gruchalski: - Gdzie Cię właśnie zastałem?

Mateusz Kosiński: - Serdecznie pozdrawiam z Kairuanu w Tunezji, uznawanego za czwarte najświętsze miasto islamu. Zaraz po rozmowie idziemy zwiedzać znajdujący się na liście UNESCO Wielki Meczet, a później zagubić się w uliczkach lokalnej medyny.

 

- Skąd pomysł na taką wyprawę do Afryki i to kamperem?

- Oczywiście z wielkiej pasji do podróżowania i biwakowania. W ostatnich latach długie podróże kamperami, przyczepami i przerobionymi busami stały się w Polsce coraz bardziej popularne i osiągalne. Zainspirowani różnymi kanałami podróżniczymi podjęliśmy decyzję, by spróbować takiej formy podróży. Po blisko trzech latach planowania i prac organizacyjnych w zeszłym roku udało się wyjechać po raz pierwszy. Łącznie w podróży po półwyspie Iberyjskim spędziliśmy cztery zimowe miesiące.

W tym roku padło na Sycylię i Tunezję, a dobór kierunków jest podyktowany odległością i pogodą. Wśród vanliferów dominuje zimowanie w Hiszpanii, Portugalii, Grecji, Turcji, na Sycylii i w Maroko. Tu akurat Tunezja jest kierunkiem jeszcze raczkującym. Nie da się ukryć, że to również ucieczka przed zimą – ta bywa w Polsce piękna, jak teraz – ale dla nas jest trochę za długa.

 

- Kto z Tobą podróżuje, jak do takiej podróży się przygotowaliście?

- Podróżuję razem z żoną i dwójką dzieci – córką w wieku 4 lat i 9-letnim synem. Kwestie organizacyjne to oczywiście sprawa indywidualna, w naszym przypadku przed pierwszą wyprawą był to oczywiście zakup auta. Później cała logistyka – ułożenie kwestii zawodowych, załatwienie pozwolenia na edukację domową syna, zabezpieczenie finansów. Samo spakowanie auta w podróż zajmuje kilka dni. Chociaż dziś już wiemy, że popełniliśmy kardynalny błąd – zabraliśmy ze sobą za mało polskiej kiełbasy (uśmiech). Bo ciężko tu znaleźć coś o równie dobrych walorach smakowych.

 

- Jak go wszystko łączycie? Pracę z podróżowaniem? Nie ma problemu z pracą zdalną?

- W naszym przypadku to połączenie pracy zdalnej z pracą sezonową i w dużej mierze sięgnięcie po oszczędności. Jednak w trakcie naszych wypraw spotkaliśmy podróżników, którzy przyjęli różny model finansowania swojej pasji. Po pandemii praca zdalna stała się coraz bardziej popularna, chociaż niestety można zauważyć proces jej powolnego wygaszania. Część osób intensywnie pracuje sezonowo, inni nie boją się wydać oszczędności. W zasadzie co podróżnik lub podróżująca rodzina to inny pomysł na życie. Dla chcącego nic trudnego – tu rekordzistami są rodziny, które poznaliśmy, a które żyją w drodze ponad dekadę. Dla nas najbardziej odpowiedni jest jednak model zimowych wyjazdów, w tym roku planujemy być w podróży blisko pięć miesięcy.

 

- Dlaczego właśnie Tunezja?

- Za nami już masa fantastycznych miejsc i to widzianych z najciekawszej w mojej ocenie perspektywy podróżniczej – z domu na kółkach. Tylko w trakcie tej wyprawy w słoweńskich Alpach obudziły nas owce gonione przez pasterzy, na Sycylii po śniadaniu kąpaliśmy się w ciepłym morzu, by po obiedzie rzucać się śnieżkami na Etnie, nie zabrakło też walorów edukacyjnych – z dziećmi postawiliśmy świeczkę przy grobie gen. Andersa na Monte Cassino.

A Tunezja? Jest coś magicznego w dojechaniu własnym samochodem z północnej Polski na Saharę. Na pewno zapamiętamy każdą z nocy spędzonych na pustyni – ogniska pod rozgwieżdżonym niebem i biegające wokół nich myszki pustynne lub mijającą nasze obozowisko karawanę z ponad 200 wielbłądami, która żywcem wyglądała jak sprzed tysięcy lat.

Pierwotnie mieliśmy tu spędzić tylko trzy tygodnie, jednak przedłużyliśmy pobyt o kolejne cztery, bo kraj ten nas pozytywnie zaskoczył. Tunezja poza Saharą i popularną wśród turystów Dżerbą to również liczne antyczne zabytki, berberyjskie wioski czy wysychające słone jeziora, gdzie można doświadczyć zjawiska miraży. Do tego na pewno występuje zjawisko różnic kulturowych – widocznych w ubiorze, muzyce. To również inny inny niż w Europie podział ról społecznych kobiet i mężczyzn. Życie codzienne tu jest po prostu inne. Do dziś ciężko jest nam przyzwyczaić się do widoków odciętych głów wielbłąda lub jagnięcia, które zdobią sklepy z mięsne i oznaczają, że towar jest ze świeżo bitego zwierza.

Do tej beczki miodu dodać trzeba jednak łyżkę dziegciu, chociażby w kwestii śmieci, które często psują odbiór miejsca, lub ilości dzikich psów i kotów. Mimo wszystko tak długi pobyt w Tunezji kamperem jest niesamowitą przygodą. A kolejne atrakcje czekają nas na powrocie, jeszcze nie wybraliśmy czy zdecydujemy się na dalszą eksplorację Włoch, czy przepłyniemy Adriatyk i zgłębimy Bałkany. W Polsce planujemy być w marcu.

 

- Jaki jest plan na tę podróż? Macie go z góry przygotowany czy raczej z dnia na dzień go ustalacie? Jak wygląda na co dzień logistyka?

- Oczywiście pewien zalążek planu mamy, jednak największym plusem podróżowania kamperem jest wolność, którą on daje. Chociażby w Tunezji mieliśmy listę miejsc, które chcieliśmy zobaczyć, ale w jakim tempie to robimy, zależy od nastroju chwili. Na pewno po kilku dniach aktywniejszego zwiedzania musimy zapewnić dzieciom odrobinę odpoczynku i wtedy najczęściej szukamy miejsca nad morzem. Wtedy możemy nadrobić z nauką i pracą.

W tej podróży blisko miesiąc spędziliśmy z zaprzyjaźnioną rodziną z trójką dzieci i wiele kwestii związanych z logistyką ustalaliśmy wspólnie. Czasem gdzieś planujemy być dzień, a spodoba nam się tak, że zostajemy dłużej lub nawet wracamy. Wróciliśmy, chociażby do miejscowości Douz, zwanej bramą na Saharę, żeby uczestniczyć w Festiwalu Saharyjskim, niesamowitej, lokalnej imprezie, na którą zjeżdżają ludzie pustyni z różnych krajów. W ramach festiwalu organizowane są wyścigi wielbłądów, akrobacje konne, pokazy muzyki i tańca, to wydarzenie zupełnie lokalne, gdzie turyści jak my są jedynie dodatkiem.

Na pewno kwestie logistyki są dość ważne – co dwa, trzy dni trzeba znaleźć kranik z wodą i miejsce do opróżnienia toalety, mądrze zaplanować zakupy, bo lodówka w kamperze nie jest tak duża, jak ta w domu. Z rzeczy codziennych to też kwestie prania w pralkach samoobsługowych, a w Tunezji akurat jest problem z ich dostępnością.

  Elbląg, W drogę!
W drogę! (fot. archiwum Mateusza Kosińskiego)

Życie w kamperze niesie ze sobą piękno obcowania tak blisko natury, gdy możesz rozpocząć dzień od orzeźwiającej kąpieli w oceanie lub obserwować piękno wschodów i zachodów słońca. Jednak tak bliski kontakt z naturą niesie również minusy – gdy mocno wieje, to czujemy się jak na morzu, gdy pada - to dach dudni nam nad głową przez całą noc, a w dzień jesteśmy „uwięzieni” na kilku metrach kwadratowych z dziećmi. Z kolei, gdy boli głowa, to również nie ma komfortu schowania się we własnym pokoju... Dlatego po kilku miesiącach takiego życia zdarza się zatęsknić za takimi zdobyczami technologii jak ciepła woda z kranu, toaleta, której nie trzeba opróżniać czy wygodne łóżko. Później udaje nam się spędzić noc tuż pod bramą miejsca wpisanego na listę UNESCO lub na pustyni z widokiem jak na pocztówce i cała ta tęsknota mija.

 

- Jaki budżet trzeba przewidzieć na taka wyprawę? Co byś radził osobom, które chciałyby też tak podróżować, ale się jeszcze nie zdecydowały?

- To trochę jak z pytaniem – ile kosztuje samochód? Można kupić samochód i za tysiąc, i za 10 milionów złotych. Podróż podróży nierówna. W trasie widzieliśmy wiele kamperów, które były warte po kilkaset tysięcy euro, szczególnie wśród podróżujących Niemców, którzy są społeczeństwem bogatszym od naszego, a na dodatek moda na taki typ podróżowania jest u nich obecna od kilkudziesięciu lat. Totalnie rozwaliła nas sytuacja, gdy widzieliśmy autokar przerobiony na mieszkanie – właściciel otworzył bagażnik, podłożył najazdy i wyjechał z bagażnika Fiatem 500, którym udał się na zakupy. Prawdziwa kamperowa matrioszka.

Spotykaliśmy również wiele starszych kamperów, sami znamy rodzinę, która podróżowała autem z lat osiemdziesiątych.

Na samo auto można więc wydać i kilkanaście i kilkaset tysięcy złotych. Podobnie jest z kwestią wydatków – jeden podróżnik będzie gotował sam, bo po to właśnie kupił kamper, drugi woli stołować się na mieście. Jedni wolą korzystać z udogodnień kempingów i nie szczędzą na to kasy, inni, jak my, wolą biwakować w dzikich miejscach i nie wydają na nocleg złotówki. Poznaliśmy osoby, które potrafią wyjechać do Hiszpanii i stać dwa miesiące na swojej ukochanej plaży, inni jeżdżą więcej, w związku z czym wydają więcej. Gorzej, jeśli ktoś tak jak ja ma hopla na punkcie historii i wydaje majątek na różnego rodzaju muzea... (uśmiech).

Podróż podróży nierówna i podobnie jest z budżetami, na pewno jednak nie jest to tak nieosiągalne, jak jeszcze dziesięć lub dwadzieścia lat temu. Dlatego zachęcam do eksperymentowania, na początek może z wypożyczonym kamperem, warto sprawdzić, czy taka forma turystyki Wam odpowiada. A jak zaiskrzy, to każdy już odnajdzie własną ścieżkę i sposób podróżowania. Na pewno warto też śledzić innych vanliferów, korzystać z ich doświadczeń. Dlatego zapraszamy na nasz profil, gdzie dzielimy się naszą podróżą.

Warto również podkreślić, że nie jesteśmy w Elblągu jedyni – krajową renomę ma działający w naszym mieście Kapitan Przyczepa, a niesamowitymi materiałami ze swojego życia dzielą się Tomek i Dominika, którym niedawno urodziło się dziecko, a którzy żyją w aucie na stałe.

 

- Kiedy następna podróż i gdzie? To ma być już Wasza coroczna aktywność?

- Przed nami jeszcze dwa miesiące życia w kamperze, więc staramy się, tak aktywnie jak się tylko da wykorzystać ten czas. Ciężko nam stwierdzić, czy w przyszłym roku uda nam się wyjechać na tak długi czas, ale jedno jest pewne – połknęliśmy bakcyla. Jak raz człowiek złapie ten haust wolności, to będzie chciał więcej i więcej. Szczególnie że na mapie świata jest wciąż tyle miejsc, gdzie jeszcze nie byliśmy...

 

Mateusz Kosiński ma 36 lat, jest elblążaninem. Z wykształcenia historyk i politolog, na co dzień publicysta. Publikował m.in. w Tygodniku Solidarność, portalu Tysol, portalu tygodnika „Do Rzeczy”. Związany z kibicami Olimpii Elbląg, był m.in. członkiem zarządu klubu z ramienia kibiców, zajmował się także marketingiem klubu.


Najnowsze artykuły w dziale Społeczeństwo

Artykuły powiązane tematycznie

Zamieszczenie następnej opinii do tego artykułu wymaga zalogowania

W formularzu stwierdzono błędy!

Ok
Dodawanie opinii
Aby zamieścić swoje zdjęcie lub avatar przy opiniach proszę dokonać wpisu do galerii Czytelników.
Dołącz zdjęcie:

Podpis:

Jeśli chcesz mieć unikalny i zastrzeżony podpis
zarejestruj się.
E-mail:(opcjonalnie)
Reklama