Pasja, która daje "zdrowego kopa"

Czołgi, transportery, samoloty. W skali mikro, wykonane z dbałością o szczegóły, w oparciu o fachową literaturę. Takie naprawdę jeździły (jeżdżą?) i latały. Gdy ma "zajawkę" na jakiś model potrafi go sprowadzić nawet z drugiego końca świata. Australijski Bushmaster płynął do niego z Hong Kongu ponad dwa miesiące. Ale jest wyjątkowy i budzi zazdrość kolegów modelarzy. Zobacz zdjęcia.
Początek.
Maciej Bedyński: - Odkąd pamiętam ta pasja była. Mój tata sklejał modele, a ja siedziałem w kuchni i dłubałem razem z nim. Pod koniec szkoły podstawowej zacząłem się tym interesować na poważnie. Po składnicach harcerskich zacząłem szukać farbek, ktoś ze znajomych rodziców przywiózł modele z NRD. Od zawsze zajmowałem się plastikiem. Na karton brak mi jeszcze cierpliwości, ale kto wie, może kiedyś i do tej sztuki modelarskiej dojrzeję (śmiech).
Na półkach widać czołgi, transportery, samoloty. Postawiłeś na militaria?
- Tak, choć odszedłem od pojazdów gąsienicowych na rzecz modeli kołowych, minoodpornych. Ostatnio szukam ciężarówki w skali 1:24. Model w miarę duży, który robi wrażenie i można go fajnie zdetalizować. Chciałbym też zrobić wywrotkę, taką na budowę, na podwoziu Mana, Scanii i szukam zestawu, który by mi się spodobał.
Lubisz mieć modele wyjątkowe, oryginalne, których mogą pozazdrościć koledzy pasjonaci?
- Lubię (śmiech). Najlepszy przykład – czołg niemiecki tygrys pierwszy, późna wersja kpt. Michaela Wittmanna, najczęściej robiony przez modelarzy. Ma swój numer taktyczny, swoje malowanie. I wszyscy najczęściej robią tygrysa Wittmanna. Mam taki model i na przekór wszystkim nie zrobię Wittmanna. T-72 mam w malowaniu i zrobię w malowaniu armii fińskiej, bo świetnie wygląda.
Z jakiego modelu jesteś dumny?
- Bushmaster [australijski kołowy transporter piechoty -red.]. W Europie używa tych pojazdów tylko armia holenderska i to na zasadzie użyczenia od Australijczyków. Używa ich w Afganistanie. Modele tych pojazdów nie funkcjonują na rynku europejskim. Trzeba mieć niezłą "zajawkę", by zdobyć taki pojazd. Ja taką "zajawkę" miałem i ściągnąłem ten model ze sklepu w Hong Kongu. Płynął do mnie ponad dwa miesiące. Budzi zainteresowanie na festiwalach czy konkursach modelarskich. Tak, jestem z niego dumny.
Jeździsz na konkursy i festiwale. Dla nagród?
- Nie, choć nagrodę miło dostać (śmiech). Jestem też sędzią modelarskim i gdy sędziuję to nie wystawiam swoich modeli, ale, gdy nie sędziuję to chętnie. Ostatnio w Inowrocławiu byłem mile zaskoczony, bo jeden z moich pojazdów – Dingo 2A2 – dostał wyróżnienie. To niemiecki samochód minoodporny-patrolowiec. Zrobiłem go w malowaniu armii czeskiej, choć wszyscy mówili: "Zrób Niemca, bo fajnie wygląda". Nie chciałem i mam pojazd czeski, jedyny, jaki widziałem. I fajnie wygląda (śmiech).
Modelarstwo wymaga nie tylko precyzji, ale i znajomości tematu.
- Wiedza historyczna jest potrzebna. W moim przypadku wiedza z zakresu militariów. To pomaga. Często kupuję monografie, szukam informacji w Internecie, wymieniam się wiadomościami z kolegami modelarzami. Znakomitą formą wymiany wiedzy są fora internetowe, ale i festiwale, konkursy, pokazy, zloty.
W Elblągu też?
- W połowie czerwca w klubie garnizonowym przy ul. Mierosławskiego odbędzie się impreza modelarska organizowana przez kolegów z grupy Denar. Z kolei we wrześniu zapraszam do Ornety. Tam z kolegą Witkiem Sadowskim współorganizujemy II Festiwal Modelarski o Puchar Orneckiego Smoka. Będzie dużo atrakcji, bo, oprócz modeli redukcyjnych, będą modele RC, będą balony na podgrzane powietrze, konkurs latawca, samoloty sterowane radiem. Na pobliskim jeziorze zaprezentują się modele pływające. Swoje stanowiska ze sprzętem wystawi 9. Brygada Kawalerii Pancernej, 9. Warmiński Pułk Rozpoznawczy z Lidzbarka Warmińskiego, Straż Pożarna, Straż Graniczna. Liczymy też na Żandarmerię Wojskową z Elbląga oraz Policję.
Modelarz chyba powinien być cierpliwy?
- Cierpliwy nie jestem, ale do modeli cierpliwość mam (śmiech). Gdy siadam przy warsztacie, wyłączam się. Nie słyszę nawet, co do mnie mówi żona czy syn. Są różne formy spędzania czasu. Są tacy, którzy muszą przebiec 15 km czy pójść na siłownię, a mi wystarcza godzina lub dwie przy modelu. Nawet nie muszę go składać. Wystarczy, że sobie coś przypiłuję czy poszukam zdjęć czy informacji w Internecie. To odskocznia od życia realnego. Polecam.
Również synowi?
- Wiktor często mówi "Tato, daj mi spokój" (śmiech). Nie zmuszam go, czekam, aż ta pasja w nim dojrzeje. Ale ma sukcesy. Zrobiliśmy Jaka 23. On sklejał i szlifował, ja pomogłem przy malowaniu. I nawet fajnie wyszło. Dwa lata temu na konkursie w Gdańsku zdobył wyróżnienie wśród juniorów w kategorii lotnictwo.
Miał moment, że składał dużo modeli związanych z "Gwiezdnymi wojnami".
To pasja też dla dużych chłopców?
- Czasem słyszę, że taki stary, a samolociki składa. Nie przejmuję się tym.