Płynąłem najdłuższą trasą śródlądową w Polsce

„Uważaj, to trwa 11 godzin!” – ostrzegali znajomi. Wyzwanie podjąłem. Nie doszacowali, płynąłem godzinę dłużej. Widoki i jazda po trawie zrekompensowały każdą minutę. Zobacz, jak wygląda najdłuższy rejs w Polsce oczami naszego dziennikarza. Popatrz na zdjęcia.
- Wiem, że lubisz takie klimaty, to może byś popłynął? W piątek wznawiają rejs z Ostródy do Elbląga Kanałem Elbląskim. Tylko uważaj, trwa to 11 godzin – taką propozycję dostałem w środę.
Długo się nie zastanawiałem. Prawdę mówiąc, największą zagadką logistyczną był poranny dojazd do Ostródy. 11 godzin wypoczynku, bez pościgu za newsem i tematami... Odpoczynek na tzw. łonie przyrody... Czego chcieć więcej?
W piątek na przystani Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej w Ostródzie zastałem tłum współtowarzyszy rejsu. Przyjechali z całej Polski: z Warszawy, Łodzi, Śląska, Krakowa...
– Opłynąłem już Mazury i tamtejsze szlaki, ale tu mnie jeszcze nie było. Jesteśmy z żoną ciekawi Kanału Elbląskiego. Specjalnie przyjechaliśmy z okolic Lublina, żeby wziąć udział w tym rejsie – mówił Wiesław Kaniosz, którego spotkaliśmy na ostródzkiej przystani. Lokalsów też nie brakowało.
Około 11 godzin z Ostródy do Elbląga to najdłuższy śródlądowy rejs w Polsce. Statek płynie po kanałach: Ostródzkim (z Ostródy do Miłomłyna) oraz Elbląskim (z Miłomłyna do Elbląga). Po drodze pokonuje dwie śluzy i aż pięć pochylni. Wszystko po to, żeby „zjechać” o 105 metrów różnicy poziomów. A niejako przy okazji można przejechać się „statkiem po trawie”. Na pochylniach jednostka wpływa na specjalny wózek, wyjeżdża na suchy ląd i sunie po torach położonych na trawniku. W ten sposób pokonuje się kolejne wzniesienia.
Jedenastogodzinne rejsy z Ostródy do Elbląga wróciły po 15 latach przerwy.
– To jest historia tego Kanału. Postanowiliśmy przywrócić tradycję – mówił Cezary Wawrzyński, prezes Żeglugi Ostródzko-Elbląskiej. – Nie wiedzieliśmy, jakie będzie zapotrzebowanie, dlatego na razie testujemy to rozwiązanie. Pomiędzy Ostródą a Elblągiem będziemy pływać raz w miesiącu. Dzisiaj zainteresowanie było tak duże, że w trasę popłynęły dwa statki. Warunkiem realizacji takich rejsów jest oczywiście drożność kanału.
Na Ostródzie spędzę następne 12 godzin (fot. Sebastian Malicki)
Na pokładzie statku „Ostróda”
Wypłynięcie w pierwszy rejs miało w Ostródzie uroczystą oprawę. Przemawiali Rafał Dąbrowski, burmistrz Ostródy, oraz Robert Turlej, członek zarządu województwa warmińsko-mazurskiego. Była asysta uczniów kształcących się na techników żeglugi śródlądowej (w jednej z ostródzkich szkół działa taka klasa), wystrzał z muszkietu, race... Jednym słowem: wielkie wydarzenie.
Frekwencja dopisała. Do nabrzeża dobiły dwie jednostki: „Ostróda” i „Birkut”. Wchodzimy na pokład. Załoga już wcześniej podzieliła pasażerów na konkretne statki i... „cała naprzód ku nowej przygodzie”!
„Ostróda”, czyli statek, na który zostałem przydzielony, to dwupokładowa jednostka z 1999 roku. Na górnym pokładzie 24 pasażerów może podziwiać (a jest co!) widoki, na dolnym czeka 55 miejsc przy stolikach. Warto wspomnieć, że na statku działa bufet, w którym można zaopatrzyć się w przekąski, kawę i zimne napoje. Ceny są przystępne, a dla głodnych istnieje możliwość zamówienia smacznego obiadu. Turysta nie musi się więc o nic martwić.
– Statek wybudowano w Płockiej Stoczni Rzecznej i specjalnie przystosowano do tego szlaku. Posiada silnik o mocy 100 koni mechanicznych. Po jeziorze może pływać z prędkością do 15 kilometrów na godzinę, w kanale, ze względu na przepisy oraz warunki hydrologiczne, zwalnia do 6 kilometrów na godzinę – wyjaśnia Janusz Miszewski, kapitan „Ostródy”.
I jeszcze jedna ciekawostka o naszej jednostce: jej matką chrzestną jest Krystyna Chojnowska-Liskiewicz – pierwsza kobieta, która samotnie opłynęła Ziemię na jachcie żaglowym „Mazurek” (w latach 1976–1978). Słynna żeglarka jest też honorową obywatelką Ostródy.
Warto dodać, że nazwa statku „Ostróda” to wyjątek we flocie Żeglugi – pozostałe jednostki noszą nazwy ptaków i pływają na krótszych odcinkach. W piątkowym rejsie towarzyszy nam „Birkut”, ale szybko tracimy go z oczu. Po drodze miniemy się z Kormoranem i Pingwinem.
O godzinie 8:20 odbijamy od nabrzeża i w asyście policyjnej motorówki, przez Jezioro Drwęckie, kierujemy się ku wejściu do Kanału Ostródzkiego. Niewprawne oko może przegapić przerwę w linii brzegowej, w którą trzeba skręcić. Nasz kapitan jednak wie, kiedy zmienić kurs, i po 20 minutach zanurzamy się w leśną gęstwinę.
Kanał jest bardzo wąski i naturalny. Woda podmywa brzegi, drzewa rosną tuż nad lustrem wody, a słońce malowniczo przebija się przez korony drzew. Z jednej strony bajka, z drugiej – powalone pnie stanowią spore wyzwanie nawigacyjne.
– Zobaczymy, jak będzie się tu pływać. Ten odcinek był przez dłuższy czas nieużytkowany przez żeglugę pasażerską – mówi Janusz Miszewski. – Mam nadzieję, że nie będzie większych problemów. Odcinki, na których odbywa się regularna żegluga, są dobrze utrzymane. Tutaj kapitan musi mieć oczy dookoła głowy.
Pierwszy przystanek to śluza „Zielona” przed Miłomłynem – ostatnia okazja, żeby zejść na chwilę na stały ląd. Nazwa śluzy pochodzi od pobliskiej leśniczówki. Obiekt wybudowano w 1852 roku. Jej zadaniem jest wyrównywanie różnicy poziomów wody. Zwraca uwagę jej kameralny rozmiar – nasza „Ostróda” zajmuje dosłownie całą komorę.
– Niemcy po prostu takie śluzy budowali. Nie wyróżnia się ona od innych obiektów w tym regionie. Potem dopiero budowano statki, które z tych śluz mogły korzystać – mówił Krzysztof Kowalczyk z Zachodniomazurskiego Stowarzyszenia Przewodników.
Przewodnik podczas każdego rejsu będzie opowiadał o historii Kanału i jego okolic. A jest o czym mówić: niemal każdy most, pod którym przepływamy, kryje własną tajemnicę. Na śluzie Zielonej na pokład wsiada Beata Mazur, wójt Miłomłyna. Wysiądzie w Miłomłynie, zapraszając nas po drodze na urodziny kanału, które odbędą się 25 lipca. "Wymieni się" miejscami z Rafałem Dąbrowskim i Robertem Turlejem, którzy tu skończą swój rejs.
Dąb z żołędzi Bartka i tablica upamiętniająca papieża (fot. Sebastian Malicki)
Śluza Miłomłyn i kilometr zero
Piątkowy rejs dla amatorów historii lokalnych (takich jak niżej podpisany) okazał się wersją premium. Razem ze mną płynie Sławomir Dylewski, prezes Naviculi – Stowarzyszenia Miłośników Kanału Elbląskiego, który o tym szlaku wie więcej niż wszystko. Z kolei prezes Żeglugi gospodarskim okiem lustruje, czy wszystko gra, a w przerwach raczy pasażerów anegdotami.
Kolejny przystanek to śluza w Miłomłynie. Tu wszystko się zaczęło, o czym przypomina pamiątkowy kamień z wyrytym kilometrażem „0,00”. W tym miejscu zbiegają się trzy kanały: Elbląski, Ostródzki i Iławski.
Kanał Oberlandzki (jak dawniej nazywano Kanał Elbląski) powstał, aby ułatwić spływ drewna do Elbląga – zwłaszcza słynnej sosny taborskiej, cenionej za swoją jakość w szkutnictwie. Twórcą kanału był Georg Jacob Steenke. To on połączył Mazury Zachodnie z Elblągiem i wymyślił genialny system pochylni. Co ciekawe, początkowo pochylni było cztery – w miejscu dzisiejszych Całun działał system pięciu śluz, który ostatecznie zamieniono na piątą pochylnię.
Kiedy na te tereny wkroczyła kolej, rola transportowa kanału spadła. Statki towarowe zaczęły ustępować miejsca turystycznym.
– Żegluga Ostródzko-Elbląska to tradycja sięgająca 1912 roku. Kiedy armatorowi Adolfowi Tetzlaffowi zaczęły spadać obroty z przewozu towarów, przystosował jeden ze statków dla pasażerów. To był strzał w dziesiątkę – wyjaśniał Cezary Wawrzyński. - Później kolejne statki przebudowywał na pasażerskie.
Przy śluzie Miłomłyn rośnie też dąb posadzony z żołędzi „Bartka” – najstarszego dębu w Polsce. Przed drzewem stoi tablica poświęcona papieżowi Janowi Pawłowi II, który jako młody ksiądz Karol Wojtyła brał udział w tutejszych spływach kajakowych.
Około godziny 10:30 opuszczamy Miłomłyn. Chwilę później mijamy kanałowe skrzyżowanie: w lewo płynie się do Iławy na Jeziorak. Naszym celem jest jednak Elbląg, skręcamy więc w prawo.
Krajobraz stale się zmienia. Czasem płyniemy wąskim przesmykiem, gdzie brzeg jest na wyciągnięcie ręki, by za chwilę wypłynąć na szerokie wody kolejnego jeziora. Podczas budowy kanału obniżano poziomy wód – na jeziorze Sambród lustro wody opadło o niemal 5,5 metra, odsłaniając nowe wyspy.
Przy Czulpie niedaleko Małdyt (gdzie mieszkał niegdyś Steenke) czeka na nas mały holownik. Przejście pomiędzy jeziorami Ruda Woda i Sambród jest dość płytkie. Było ryzyko, że z powodu niskiego stanu wody „Ostróda” będzie musiała przejść ten odcinek na holu. Dla turystów byłaby to nie lada gratka, jednak nasza dzielna załoga radzi sobie o własnych siłach.
Jeden z mostów nad Kanałem (fot. Sebastian Malicki)
Niezwykłe pochylnie Kanału Elbląskiego
Około godziny 15:00 dopływamy do pierwszej i najstarszej pochylni w Buczyńcu. Tutaj znajduje się Izba Historii Kanału Elbląskiego. Z pokładu oglądamy charakterystyczny budynek nawiązujący do domów podcieniowych.
Prace nad pochylnią Buczyniec zaczęły się w 1844 roku. Różnica poziomów przekracza tu 20 metrów, a torowisko ciągnie się na dystansie 490 metrów. Warto stanąć wtedy przy sterówce i obserwować, jak potężny statek gładko wtacza się na wózek, by nagle zacząć... jechać po trawie. Pochylnie w Buczyńcu, Kątach, Oleśnicy i Jeleniach są napędzane wyłącznie kołem wodnym. To genialne wykorzystanie praw fizyki i siły natury.
Ledwo ochłonęliśmy po Buczyńcu, a już wjeżdżamy na Kąty (19 m różnicy poziomów), potem na Oleśnicę (rekordowe 24 metry!) i Jelenie (22 metry). Migawki aparatów pasażerów nie milkną ani na chwilę.
I na koniec najbardziej „elbląska” ze wszystkich pochylni: Całuny. Różnica poziomów wynosi tu niecałe 14 metrów. Jest wyjątkowa, ponieważ jako jedyna na szlaku napędzana jest turbiną wodną, którą wyprodukował elbląski koncern Ferdynanda Schichaua.
Elbląski przedsiębiorca bardzo starał się o kontrakt na budowę wszystkich pochylni, jednak przetarg wygrała Królewska Fabryka Maszyn z Tczewa. Firma ta nie doczekała końca inwestycji i finalnie to zakłady Schichaua wybudowały Całuny, montując tam nowoczesną turbinę. Do dziś w dokumentach widnieje informacja, że to turbina Francisa. Sławomir Dylewski z Naviculi postawił jednak nową, sensacyjną tezę.
– Zupełnym przypadkiem, analizując dokumenty inwentaryzacyjne maszynowni Całun, natrafiłem na informację, że zamontowano tam turbinę Nicolasa Jonvalla – opowiadał Dylewski. - Konstrukcję tę wymyślił Anton Henschel, ale z powodu zawirowań patentowych w XIX wieku przeszła do historii pod nazwiskiem Jonvalla. Ostatecznie wnuk Henschela przekazał plany Schichauowi, a ten wdrożył ją w Całunach.
Płyniemy dalej, a cel podróży jest coraz bliżej. Niespostrzeżenie wpływamy na jezioro Druzno. To absolutny raj dla ornitologów. Warto wziąć w rejs lornetkę i atlas ptaków – ten rezerwat przyrody tętni życiem. Nad naszymi głowami kołują rybitwy i mewy małe, głośnym krzykiem obwieszczając, kto tu rządzi.
Kto powiedział, że statki nie jeżdżą po torach (fot. Sebastian Malicki)
Koniec rejsu w Elblągu
Na jeziorze Druzno kończy się Kanał Elbląski. Stamtąd płyniemy rzeką Elbląg (która od ujścia Fiszewki formalnie stanowi już morskie wody wewnętrzne). Nasze miasto od strony wody wygląda zupełnie inaczej, odsłaniając zakątki niedostępne z lądu.
– Coś niezapomnianego. Pierwszy odcinek z Ostródy do Buczyńca zachwyca dzikością. 11 godzin minęło bardzo szybko, warto poznać całą tę trasę – dzielił się wrażeniami Janusz Budziński, turysta z Milicza.
Około godziny 20:00 wpływamy do portu w Elblągu. Mijamy „Jantar” – wybudowany w 1892 roku w stoczni Schichaua najstarszy statek w Polsce. Dziś stoi przy Muzeum Archeologiczno-Historycznym i może tylko pozazdrościć „Ostródzie” takich rejsów.
Ta sytuacja pokazuje też smutną różnicę w podejściu obu miast do turystyki. Z rozmów na pokładzie płynie wniosek: Elbląg patrzy głównie na morze i port towarowy, zostawiając potencjał turystyczny Kanału na dalszym planie. Ostróda radzi sobie z tym znacznie lepiej.
O 20:20 schodzę na ląd. W plecaku mam pamiątkowy certyfikat potwierdzający udział w tym historycznym rejsie. Na przystani wita nas wiceprezydent Elbląga (i były wiceburmistrz Ostródy) Piotr Kowal, a na pasażerów z Ostródy czeka już autobus powrotny. Drogą lądową powrót trwa zaledwie godzinę.
Widać katedrę w Elblągu, zaraz będziemy w domu (fot. Sebastian Malicki)