Teraz ja - Przedślubne (nie)przyjemności

Zbliża się okres, w którym większość zaręczonych i zakochanych pragnie sfinalizować swój związek poprzez zawarcie małżeństwa. Mimo, iż cena przyjęcia weselnego i kreacji młodych potrafi przerazić, decydujemy się na to, by ta chwila była niepowtarzalna i wspaniała.
Niecały rok temu ja i moja narzeczona sami stanęliśmy przed tym dylematem związanym z ilością gości, obfitością i kompozycją potraw czy wyborem między orkiestrą, a didżejem. Muszę przyznać, iż zasadniczą i decydującą kwestią były finanse, jakie mogliśmy na to przeznaczyć. Nie było łatwo, gdyż mamy dość liczne rodziny, a niestety nie mogliśmy sobie pozwolić na zaproszenie wszystkich. „Wycyrklowaliśmy” wszystko, jak się tylko dało, i z ulgą odetchnęliśmy. Niestety, nie na długo.
Wizyta w Urzędzie Stanu Cywilnego kosztowała nas prawie 90 zł. Choć byliśmy przygotowani na opłatę, to jej wysokość troszkę nas zaskoczyła.
Jako przyszły mąż, miałem obowiązek udać się do mojej parafii i poprosić o wywieszenie zapowiedzi. Tak też uczyniłem i zdziwiłem się „troszkę”, słysząc słowa ni to sekretarki, ni księgowej: – Będzie za to opłata 50 zł.
W portfelu miałem same drobniaki, lecz pani wspaniałomyślnie pozwoliła mi uiścić należność przy odbiorze.
Wiem, że ślub to możliwość do zarobku, jak każda inna i byłem prawie przygotowany na takie ewentualności, ale ciśnienie podskoczyło mi po dwóch tygodniach, gdy odbierałem zaświadczenie o tym, że nikt nie zgłaszał sprzeciwu wobec naszego małżeństwa. Mianowicie, uiszczając opłatę, poprosiłem „miłą” panią o potwierdzenie tej transakcji. Spojrzała na mnie groźnie i z nieokreślonym mruknięciem wręczyła mi karteczkę. Na świstku napisane było: „Ofiara na zapowiedzi 50 zł”.
Po przeczytaniu zapytałem, dlaczego jest tu wyraz „ofiara”, skoro nie złożyłem jej dobrowolnie? Bardziej adekwatne byłoby określenie „opłata”. Pani z dziwnym grymasem na twarzy odpowiedziała tylko, że to jest ofiara, a nie opłata. Nie chcąc mieć nieprzewidzianych problemów, odpuściłem więc i przyjąłem pokornie, iż moje pojęcie ofiary w chrześcijaństwie było błędne.
Wizyta w Urzędzie Stanu Cywilnego kosztowała nas prawie 90 zł. Choć byliśmy przygotowani na opłatę, to jej wysokość troszkę nas zaskoczyła.
Jako przyszły mąż, miałem obowiązek udać się do mojej parafii i poprosić o wywieszenie zapowiedzi. Tak też uczyniłem i zdziwiłem się „troszkę”, słysząc słowa ni to sekretarki, ni księgowej: – Będzie za to opłata 50 zł.
W portfelu miałem same drobniaki, lecz pani wspaniałomyślnie pozwoliła mi uiścić należność przy odbiorze.
Wiem, że ślub to możliwość do zarobku, jak każda inna i byłem prawie przygotowany na takie ewentualności, ale ciśnienie podskoczyło mi po dwóch tygodniach, gdy odbierałem zaświadczenie o tym, że nikt nie zgłaszał sprzeciwu wobec naszego małżeństwa. Mianowicie, uiszczając opłatę, poprosiłem „miłą” panią o potwierdzenie tej transakcji. Spojrzała na mnie groźnie i z nieokreślonym mruknięciem wręczyła mi karteczkę. Na świstku napisane było: „Ofiara na zapowiedzi 50 zł”.
Po przeczytaniu zapytałem, dlaczego jest tu wyraz „ofiara”, skoro nie złożyłem jej dobrowolnie? Bardziej adekwatne byłoby określenie „opłata”. Pani z dziwnym grymasem na twarzy odpowiedziała tylko, że to jest ofiara, a nie opłata. Nie chcąc mieć nieprzewidzianych problemów, odpuściłem więc i przyjąłem pokornie, iż moje pojęcie ofiary w chrześcijaństwie było błędne.