Daniel Lewandowski: Zamech był szansą na zmartwychwstanie miasta

- Od końca lat 60. coraz ludniejszy Elbląg zaczął się dusić. Brakowało miejsc w szpitalu miejskim, przychodniach, żłobkach, przedszkolach, szkołach. Głód mieszkań stawał się nieznośny, pojawiło się ukryte bezrobocie. Nawet z pogrzebami były problemy, bo cmentarz był za mały – mówi Daniel Lewandowski, popularyzator historii powojennego przemysłu Elbląga, w tym głównie Zakładów Mechanicznych im gen. Karola Świerczewskiego w Elblągu. Porozmawialiśmy o tym, czy Elbląg był dodatkiem do Zamechu czy na odwrót.
- W jednej ze swoich publikacji na portElu napisałeś, że nie byłoby powojennego Elbląga bez Zamechu i Zamechu bez Elbląga. Czy miasto było dodatkiem do Zakładów czy odwrotnie?
- Dobre pytanie, ale nie da się na nie udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Można pokusić się o tezę, że to Zakłady Mechaniczne stworzyły polski Elbląg po II wojnie światowej. Wpłynęły na miasto i go ukształtowały. Wzajemne stosunki określiłbym jako symbiozę: oba podmioty wzajemnie na siebie oddziaływały i potrzebowały siebie, ale w tym układzie wiodącą rolę miał czynnik przemysłowy, reprezentowany przez Zamech.
Czy absolwenci Akademii Górniczo-Hutniczej, i innych, czołowych uczelni technicznych przyjechaliby do Elbląga, gdyby nie było tu Zamechu? Do roku 1956 przybywali tu najczęściej z nakazem pracy. Wielu, jeśli nie większość z nich została. To była pierwsza inteligencja w proletariackim, jak się wtedy mówiło, mieście. W kolejnych latach przyjeżdżali, bo praca w Zamechu była, z punktu widzenia inżyniera ciekawa, pełna wyzwań zawodowych. Miasto nadążało, reagowało na potrzeby przedsiębiorstwa, ale zawsze pół kroku z tyłu. Moim zdaniem, bez Zakładów Mechanicznych, Elbląg zatrzymałby się na 60 tys. mieszkańców, może ciut więcej. Granicy 100 tys. nie przekroczyłby nigdy.
- Powiedziałeś ”miasto reagowało na potrzeby przedsiębiorstwa”. Zakłady narzucały swoje potrzeby i trzeba było je spełniać w trosce o kondycję miasta?
- Zamech okazał się szansą na zmartwychwstanie miasta. W 1945 r. mamy uśmiercony niemiecki Elbing. W zrujnowanym, już polskim Elblągu, dochodzi do niemal całkowitej wymiany ludności. I tym, którzy tu przyjechali, trzeba im dać pracę. Najpierw w Stoczni nr 16, a potem w Zakładach Mechanicznych, które z niej powstały. Przy tak dużych przedsiębiorstwach łatwiej było przetrwać w biednej drugiej połowie lat 40. Stocznia przede wszystkim dawała jeść, o co, przynajmniej na początku, było trudno. Dawała opał, ubrania, buty..., rzeczy bez których trudno wyobrazić sobie w miarę normalną egzystencję. Władzom miejskim było na rękę oddanie części mieszkańców pod opiekę zakładów pracy.
Powstanie Zakładów Mechanicznych nie było oczywistością. Dyrekcja Stoczni nr 16 stosunkowo długo walczyła o jej przetrwanie. Pracownicy planowali odtworzyć niemiecką łódź podwodną „Seehund” - w polskiej wersji miał być to „Liliput”, zajmowali się budowlami hydrologicznymi na zalanych Żuławach i śluzami na Nogacie, remontowali podźwignięte z dna rzeki i Zalewu statki. Szukali miejsca na rynku, ale to była ślepa droga. Stocznia w mieście, którego wyjście na Bałtyk kontrolował Związek Radziecki, nie miała racji bytu.

hala nr 3, około 1948 r. (arch. Jerzego Wojewskiego)
Na III Zjeździe Przemysłowym Ziem Odzyskanych, w Szczecinie we wrześniu 1947 r. ówczesny dyrektor stoczni Jerzy Rożanowski przekonał ministra przemysłu Hilarego Minca i rządowo-partyjną wierchuszkę, do ulokowania w Elblągu zakładów, produkujących turbiny na potrzeby polskiej energetyki. Równie dobrze takie zakłady mogły powstać we Wrocławiu albo gdzieś w centralnej Polsce. Niespodziewanie wybrano Elbląg. Gdyby nie Zamech, infrastruktura po koncernie Schichaua zostałaby rozparcelowana pomiędzy mniejsze przedsiębiorstwa. Tak się początkowo stało: na poschichauowskich terenach, przy al. Grunwaldzkiej, powstała Warmińska Fabryka Wyrobów Metalowych „Blaszanka”, Elbląska Fabryka Urządzeń Kuziennych, Zakłady Taboru Kolejowego. I na początku lat 60. Zamech je wchłonął.
- Nie masz wrażenia, że Zamech to była taka czarna dziura, zasysająca wszystko, co było jej potrzebne?
- Po części wynikało to z rozwoju przedsiębiorstwa. Produkowało ono m.in. tylnice, dziobnice [części kadłuba, tylnica - rufy, dziobnica - dziobu – przyp. SM], kotwice, luki okrętowe, śruby napędowe, linie wałów dla przemysłu stoczniowego; przekładnie zębate dla górnictwa i cementowni, turbiny parowe dla energetyki, urządzenia do obróbki plastycznej. W pewnym momencie, faktycznie zasysało wszystko, niczym czarna dziura. W efekcie, w połowie lat 70., zatrudniało nieco ponad 8 tys. osób. Prawie co dziesiątego Elblążanina, wliczając w to seniorów i dzieci.
- Czy stworzenie takiego molocha, zajmującego się wszystkim, miało sens ekonomiczny?
- Wydaje mi się, że zagrał efekt synergii. 15 lat szukano ostatecznego pomysłu na funkcjonowanie przedsiębiorstwa: co i dla kogo mogłoby produkować. Jeszcze w latach 50. Zakłady udowodniły, że potrafią produkować turbiny. Pojawiły się nowe pomysły oraz produkty i władze stwierdziły, że EFUK, „Blaszanka”, ZTK lepiej poradzą sobie jako część Zakładów Mechanicznych niż jako osobne, stosunkowo małe przedsiębiorstwa. Proces kształtowania Zamechu zakończył się w 1961 r.
Przykład odlewni: lepiej mieć jedną dużą we wspólnym Zamechu niż kilka małych w każdym przedsiębiorstwie. W wielkim kombinacie łatwiej było i w miarę harmonijnie, organizować współpracę i kwestie wspólne, jak np. gospodarkę materiałową, pozyskiwanie nowoczesnych urządzeń i narzędzi. Najważniejsza była produkcja na potrzeby rozbudowywanego przemysłu ciężkiego. Z drugiej strony: opłacalność ekonomiczna nie była najwyższym priorytetem. Dużą rolę odgrywała kwestia zapewnienia pracy mieszkańcom Elbląga. Nie możemy też pominąć kwestii miastotwórczej. Taka była specyfika tamtego ustroju. W tamtym okresie władze państwa postawiły na rozwój przemysłu ciężkiego kosztem wzrostu poziomu życia ludności.
- Zastanawiam się nad tym, na ile ten pomysł był skuteczny. Aż do lat 70. Elbląg był zapomnianym, powiatowym miasteczkiem, gdzieś w połowie drogi między Trójmiastem a Olsztynem. Uchwała rządowa 40/72 nie wzięła się znikąd. W mieście była taka bieda, że rząd musiał wydać specjalnie dla Elbląga akt prawny, po to, by wyciągnąć miasto z marazmu. Zamech nie okazał się przepisem na szczęście?
- Dzięki Zamechowi Elbląg stał się miastem robotniczym. Żaden inny zakład nie był w stanie przyciągnąć tylu robotników. I ta masa robotnicza, w zapomnianym i niedoinwestowanym mieście, w grudniu 1970 roku, wyszła na ulice. Nasze miasto było jednym z większych miejsc protestów. W Elblągu zginęła jedna osoba – Marian Sawicz, postrzelony prawdopodobnie przypadkowo, kiedy wychodził z baru po obiedzie. Z Elbląga byli także Zbyszek Godlewski, który zginął w Gdyni przy Stoczni im. Komuny Paryskiej i Waldemar Rebinin w Gdańsku przy dworcu PKP. Jedną z przyczyn protestów była bieda. Elbląg, ze względu na proletariacki charakter i stosunkowo dużą liczebność ludzi pracy, jak wtedy mówiono, zwrócił na siebie uwagę. Uchwała rządowa 40/72 była jednym z elementów uspokajania Elblążan. Dawała duże pieniądze dla miasta bezpośrednio z budżetu centralnego, dzięki czemu można było sfinansować jego rozwój. Przynajmniej na początku ekipa Edwarda Gierka, która nastała po tragicznym Grudniu, chciała się pokazać z dobrej strony.

W środku Edward Gierek, I sekretarz KC PZPR w latach 70. z gospodarską wizytą w Zamechu (fot. Czesław Misiuk)
- I jak władza uspokajała Elblążan?
- Właśnie uchwałą rządową 40/72 z 1972 r. Uważam, że jest to jeden z kluczowych elementów rozwoju miasta. Elbląg miał swoje pięć minut i je wykorzystał. Gdyby nie był tak dużym miastem robotniczym, to tej szansy pewnie by nie dostał. Kolejnym impulsem było utworzenie województwa elbląskiego w 1975 r., którego stolicą przecież Elbląg nie mógłby zostać, gdyby nie był odpowiednio duży, a jak już ustaliliśmy taki stał się dzięki Zamechowi. W trakcie kolejnych buntów w 1976 r. i cztery lata później w 1980 r., poziom frustracji w naszym mieście był chyba mniejszy, bo jednak strajki nie przybrały tu tak masowej formy, jak w 1970 r. Zabrakło tej kropli, która by przelała czarę goryczy. Ale to jest tylko moja teoria. Osobną kwestią są działania Służby Bezpieczeństwa w celu osłabienia i dezorganizacji potencjalnego oporu.
- Konkretnie, co Zamech miał z rządowej uchwały?
- M.in. szwajcarską licencję na turbiny 360 MW, które wymusiły budowę nowej spawalni i odwirowni wirników oraz unowocześnienie procesu odlewniczego i parku maszynowego.
- A co z tego miał zwykły Elblążanin?
- Miasto to jest oddzielna, bardzo inspirująca historia. Od końca lat 60. coraz ludniejszy Elbląg zaczął się dusić o z powodu niewystarczającej infrastruktury: szpital miejski, przychodnie, żłobki, przedszkola, szkoły były przepełnione. Głód mieszkań stawał się nieznośny, pojawiło się ukryte bezrobocie. Nawet z pogrzebami były problemy, bo cmentarz był za mały. W ramach uchwały przeznaczono ogromne pieniądze na budownictwo, powstał Elbląski Kombinat Budowlany, dzięki czemu szybciej powstawały osiedla Zawada, Na Stoku, Nad Jarem. Rozbudowano i zmodernizowano prawie wszystkie zakłady pracy, powstały nowe: ZAS Polmo, spółdzielnie „Postęp”, „Buczek”. Zbudowano gmachy filii Politechniki Gdańskiej i szkoły muzycznej, nowy dworzec PKS, stację kolejową Elbląg Zdrój, placówki handlowo-usługowe, żłobki, przedszkola, szkoły. Rozpoczęła się budowa nowego dużego szpitala wojewódzkiego, ukończonego w drugiej połowie lat 80. Utworzenie województwa elbląskiego podniosło prestiż miasta.
- To jak już jesteśmy przy zwykłych ludziach, to Zamech był atrakcyjnym pracodawcą?
- Miał problem z utrzymaniem pracowników. Były okresy, kiedy fluktuacja kadr sięgała 20 procent w ciągu roku. To jest niewyobrażalna skala. Dotyczyło to przede wszystkim stanowisk robotniczych. Na stanowiskach „umysłowych” sytuacja nie wyglądała aż tak dramatyczna. Praca była ciężka. Dlatego m.in. Zakłady uruchomiły własny system opieki lekarskiej z nastawieniem na choroby zawodowe. Problemem była np. pylica na odlewni, choroby wibracyjne na łopatkowni. To nie były żarty. W latach 50. chorób zawodowych zwyczajnie nikt nie widział, ujawniły się dopiero dekadę później. Wtedy wprowadzono np. maski na odlewni. Długo trwało zanim standardy pracy się poprawiły. Trzeba jednak pamiętać o tym, że priorytetem było wykonanie planu produkcji. Nie można jednak stanowczo powiedzieć, że nie przejmowano się zdrowiem pracowników.
- A wysokość pensji?
- Jak na warunki elbląskie, to dobre, ale nie najlepsze. W Elblągu najlepiej zarabiali pracownicy spółdzielni Plastyk. Główna w tym zasługa ich prezesa Antoniego Wieczorka, który potrafił zarządzać nowocześnie jak na tamte czasy. Miał kontakty za granicą i były takie okresy, że to Plastyk dostarczał więcej dewiz niż Zamech. A to w gospodarce PRL i niewymienialnej złotówce miało kolosalne znaczenie. W Zamechu było odwrotnie: dyscyplinę pracy próbowano narzucić siłą. Zarabiało się dobrze, ale... np. pracownicy Biura Konstrukcyjnego byli permanentnie „niedopłaceni”.

Pracownicy Zamechu (fot. Czesław Misiuk)
- Co masz na myśli?
- Frustrację z powodu niedoceniania wiedzy, zdobytej na studiach i pracy koncepcyjnej. Na wielu stanowiskach robotniczych zarabiało się więcej niż w Biurze Konstrukcyjnym. Pewną ciekawostką jest fakt, że na liście płac dyrektor naczelny Zamechu znajdował się w drugiej dziesiątce. Robotnicy, którzy byli delegatami na zjazdy i plena PZPR, zarabiali lepiej od niego. Konstruktorzy zarabiali mniej od robotników. To się zaczęło powoli zmieniać dopiero w latach 80., ale przełom nastąpił dopiero po prywatyzacji w latach 90.
- Wróćmy jeszcze do dyscypliny pracy.
- Do lat 60. była na bardzo niskim poziomie. Ogromnym problemem był alkoholizm, bumelanctwo, przerost zatrudnienia i słaba organizacja pracy. Wszystko to razem sprawiało, że efektywność pracy była niska. I wtedy władze sięgały po środki dyscyplinujące. Czyli w gazecie zakładowej „Na Warcie Pokoju” pojawiał się komunikat, że Jan Kowalski, zamieszkały na takiej ulicy, pod takim numerem, zatrudniony na wydziale W4 przyszedł dwa razy do pracy pijany lub w ogóle do pracy się nie stawił. Nikt wtedy nie słyszał o czymś takim jak ochrona danych osobowych, a publiczne piętnowanie po nazwisku przez władzę nie spotykało się z protestami. Taka wzmianka w gazecie miała zawstydzić pracownika. Piętnowano wg ówczesnej terminologii, bumelantów, brakorobów, obiboków, niebieskie ptaki.
- Do tego wspólnego worka z jednej strony wrzucano faktycznego alkoholika, z drugiej człowieka, który nie chciał się za bardzo angażować w bicie rekordów produkcyjnych. Przyjść do pracy o 6, wyjść o 14 i koniec.
- Jakby na to nie patrzeć, po II wojnie światowej PRL dał ogromnym rzeszom młodzieży wiejskiej awans społeczny na mieszkańców miasta. Ludzie przyjechali do zniszczonego Elbląga, który po pracy w fabryce nie oferował nic. Na wsi, w małej społeczności, młodzież była kontrolowana przez rodziców, rodzinę, sąsiadów i proboszcza, wszyscy się znali. W dużym mieście tej kontroli nie było, ludzie byli anonimowi i w odreagowaniu wojennych koszmarów oraz absurdów socjalistycznej rzeczywistości bardzo szybko pojawiała się pokusa alkoholu i nierozłącznie z nią związanej rozwiązłości seksualnej. Problem z alkoholizmem i chorobami wenerycznymi wymykał się momentami się spod kontroli. Walczono z tym głównie poprzez piętnowanie i pokazywanie do czego nadużywanie alkoholu może prowadzić. W gazecie zakładowej była nawet oddzielna rubryka zatytułowana „Nie pij tyle”. Planuję opisać zjawisko pijaństwa w Zamechu w oddzielnej publikacji. Choroby weneryczne były realnym zagrożeniem zdrowia pracowników, rozprzestrzeniały się jak zaraza. Alkohol sprzyjał przypadkowym kontaktom seksualnym, w związku z czym priorytet miała walka z alkoholizmem.
- Obowiązywał wówczas obowiązek pracy i co do zasady każdy gdzieś musiał pracować. Milicjant mógł narobić nieprzyjemności jak nie zobaczył w dowodzie osobistym wpisu o miejscu zatrudnienia.
- To jest też ciekawy wątek związany z dyscypliną pracy. Pewien odsetek ludzi postępował wg zasady: przychodzę do pracy, bo muszę. Nie chce mi się pracować, więc robię wszystko, żeby tylko jakoś przetrwać osiem godzin i do domu. Nie pracuję, tylko skupiam się na tym, żeby się jak najmniej zmęczyć. Na marginesie wyrażę subiektywny pogląd, że współcześnie też da się zaobserwować podobne postawy. Niedobór pracowników na rynku pracy tworzy kolejne absurdy, a nawet patologie.
Od redakcji:
I na tym kończymy pierwszą część rozmowy o przemysłowym symbolu powojennego Elbląga. W wielkanocny poniedziałek opublikujemy część drugą, w której zajmiemy się kwestią oddziaływania Zakładów na miasto. Jak zamechowcy tworzyli miejską kulturę, jak założyli pierwszą spółdzielnię mieszkaniową, dokąd zamechowskie rodziny jeździły na wakacje, czy do zamechowskiego przedszkola mógł chodzić syn robotnika z Zakładów Wielkiego Proletariatu? Czy koniecznie musiał być sprzedany ABB? Odpowiedzi szukaj w poniedziałek.