Michał Glock: Ferdynand Schichau był skromnym człowiekiem

- Troska o robotnika była korzystna dla jego interesów. Wychodził z założenia, że zadowolony robotnik, który ma gdzie mieszkać, jest w jakiś sposób zaopiekowany, będzie bardziej związany z firmą, bardziej wydajny i nie będzie sprawiał problemów. Trzeba pamiętać, że Ferdynand Schichau był ogromnym zwolennikiem mechanizacji wszystkiego i wszędzie. Do pracy potrzebował pracownika wykwalifikowanego - mówi dr Michał Glock, elbląski historyk. Dziś rozmawiamy o Ferdynandzie Schichau, twórcy największych zakładów w historii miasta. W niedzielę (3 maja) ciąg dalszy rozmowy.
- Rok 1896. Umiera elbląski przemysłowiec Ferdynand Schichau. Co zostawia w spadku?
- Nowy biurowiec koncernu przy dzisiejszej ulicy Stoczniowej. Pierwszym ważnym wydarzeniem, które się w nim odbyło, to właśnie pogrzeb założyciela firmy. Ciekawostka związana z tym biurowcem: budowę rozpoczęto w 1894 roku, w 1910 r. tąpnął w środkowej części, widać to miejsce do dziś. Do tej pory myślałem, że przyczyną tego był fakt, iż został zbudowany na zakręcie fosy dawnego Dworu Popielnego. Widać to na starych mapach. Okazało się jednak inaczej. Pierwotny budynek miał dwa piętra, w 1910 r. ktoś wymyślił, że trzeba dobudować trzecie. Budowę rozpoczęto od środka, budynek nie wytrzymał i tąpnął. Później poprawiono co trzeba i dobudowano resztę ostatniej kondygnacji, ale uskok widoczny na fasadzie pozostał do dziś….
- To ile jest prawdy w tym, że był tunel pomiędzy willą, w której mieszkał Ferdynand Schichau a biurowcem?
- Moim zdaniem miejska legenda, ale może tkwić tam ziarno prawdy. Do chwili oddania biurowca do użytku, wszystkie prace biurowe odbywały się w wilii Schichaua, która znajdowała się w miejscu, gdzie dziś jest tablica upamiętniająca przemysłowca. Mogło więc istnieć jakieś przejście z biurowca do Białego Domku, jak nazywano willę przemysłowca. Ferdynand Schichau lubił mieć wszystko pod kontrolą. Jego podpis widnieje pod wieloma dokumentami typu odbiory maszyn, różnego rodzaju projekty, są dokumenty, na których są jego własnoręczne uwagi.
- Prowadził firmę zatrudniającą kilka tysięcy osób i podpisywał drobne, z punktu widzenia koncernu, dokumenty? Z mojej perspektywy trochę dziwny sposób zarządzania. Nie ufał podwładnym?
- Taki miał sposób prowadzenia firmy. Kiedy umierał, zatrudniał około 6 tysięcy ludzi. Dużo, a pamiętajmy, że Elbląg był miastem 45-tysięcznym. Dyrektorów miał, ich poczet można zobaczyć w albumie wydanym w 1912 r. Mamy tam m.in. ich zdjęcia, opis stanowisk, czym się znajdowali. Był skromnym człowiekiem, o raczej niewygórowanych potrzebach. Odmówił na przykład otrzymania tytułu szlacheckiego. Ostatecznie ten tytuł trafił do jego syna Ericha. Syn dostał po śmierci ojca rentę, miał majątek ziemski pod Elblągiem i spędzał życie z dala od trosk i firmy. Koncern odziedziczył zięć Carl Ziese, mąż Elisabeth.
Stocznia w Elblągu (z arch. M. Glocka)
- Do Carla Ziesego jeszcze dojdziemy. Na razie wróćmy do spadku po Ferdynandzie.
- Zostawił 50 milionów ówczesnych marek niemieckich. O tym, jaka to była góra forsy, świadczy fakt, że stocznia Schichaua duże torpedowce trzeciej generacji, od S-90 i dalej, sprzedawała po milionie marek za sztukę. W przybliżeniu można oszacować, że „Stary” zostawił równowartość 50 torpedowców. Duży pancernik kosztował ok 30 mln marek niemieckich.
- Co jeszcze zostawił?
- Był stosunkowo dużym armatorem (początkowo miał spółkę z Georgiem Grunauem, tym od willi na ul. Piechoty). Potrzebował rozmaitych statków do transportu surowców, złomu, części. W związku z tym wybudował sobie całkiem pokaźną flotę, która jednak musiała na siebie zarabiać. Wszystko powstało w elbląskiej stoczni: statki, barki, holowniki, pchacze, wszystko, co jest potrzebne. I przykładowo: z Elbląga do Gdańska statek, albo barka płynęła z dużymi elementami wyposażenia, które nie mieściły się do wagonów kolejowych. Myślę tutaj np. o odlewach tylnic czy dziobnic, kotłów, których z różnych względów nie opłacało się pociąć i w częściach wozić koleją. W Gdańsku wyładowywał towar i komercyjnie załadowywał np. zboże dla Zagłębia Ruhry. Tam wyładowywał zboże, firma przy okazji zarabiała, a do Elbląga wracał np. z węglem lub złomem stalowym. Pustych przelotów nie miało prawa być. Około 80 procent ładunków było na realizowane na potrzeby koncernu, pozostałe 20 były to rejsy z ładunkiem komercyjnym. Kasa przede wszystkim, jak była okazja zarobić, to trzeba było ją wykorzystać.
I tu pewien polonik. Był taki holownik z floty Schichaua, wówczas nazywał się Hercules, zbudowany w 1904 roku (nr budowy 727) Jego losy są długie i ciekawe. W 1926 r. został sprzedany Polakom (firmie z Tczewa), w 1930 r. kupiła go Polska Marynarka Wojenna. W trakcie kampanii wrześniowej 1939 r. został zatopiony, Niemcy podnieśli go z dna, wyremontowali i z powrotem wcielili do floty. Po II wojnie światowej znowu go znaleziono na pół zatopionego. Przeszedł kolejny remont. Swoją długą, prawie 80-letnią służbę na wodzie skończył jako Lech w Marynarce Wojennej. Pływał do 1983 r.
- Odlewnia?
- Trochę oddzielny zakład. Częściowo produkuje na rzecz koncernu, częściowo na zewnątrz. Pod koniec życia Ferdynanda powstaje najbardziej nowoczesna odlewnia w całych ówczesnych Niemczech. Wcześniej była to manufaktura, nowy zakład to jest szczyt ówczesnej techniki. Do tego fabryka lokomotyw przy dzisiejszej al. Grunwaldzkiej, stocznia w Gdańsku, nieukończona stocznia w Rydze i warsztaty w Piławie. Te ostatnie potrzebne były do wyposażania dużych jednostek wodowanych w Elblągu. Zasada była taka, że po wodowaniu w naszym mieście kadłub holowano do Piławy i tam wykańczano. Próby morskie robiono już na Bałtyku, generalnie statek, czy okręt po wodowaniu w Elblągu, już nigdy lub bardzo rzadko do miasta nie wracał.
Zwróć uwagę, że koncern Schichaua nie miał początkowo stoczni remontowej z prawdziwego zdarzenia. Wychodzili z założenia, żeby budować tak, aby remonty nie były potrzebne. Te, w ramach gwarancji i pogwarancyjne, realizowano głównie w Piławie. Do tego trzeba doliczyć udziały w różnych firmach. Z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że miał udziały w Tramwajach Elbląskich. Przypominam, że to była firma prywatna, działająca bez dotacji i ten biznes musiał się spinać finansowo. Tramwaje też zostały częściowo wymyślone po to, aby dowozić robotników do stoczni. I ten układ torów tramwajowych widać do dziś. Elektrownia, z której zasilano linie tramwajowe, też była produkcji schichauowskiego koncernu.
Tu jeszcze jedna ciekawostka. Zanim Elbląg dorobił się własnej elektrowni miejskiej w 1928 r., to prąd kupował z elektrowni zakładów Schichaua. Elektrownie z Elbląga to też był jeden z przebojów firmowych. Stawiali je wszędzie, włącznie np. cesarskich pałacach w Carskim Siole pod Petersburgiem w Rosji. Nie jestem pewien, czy Rosjanie za to zapłacili, czy była to forma prezentacji swoich możliwości i ułatwienia w wejściu na rynek rosyjski. Pierwsza wielka elektrownia w Królewcu, elektrownia w Berlinie, Hamburgu też pochodzą z Elbląga. W naszej okolicy schichauowska elektrownia wodna jest w Pierzchałach na rzece Pasłęce; zaopatrywała w energię elektryczną Braniewo. Budowa zaczęła się w 1911 r., do wybuchu I wojny światowej nie udało się jej ukończyć. Dopiero, kiedy firma dostała 300 jeńców rosyjskich w 1916 r., udało się oddać elektrownię do użytku.
- Mówiąc kolokwialnie robili pieniądze.
- Mało znana jest też historia związana z Kanałem Elbląskim. Ferdynand Schichau starał się o kontrakt na jego budowę. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, zlecenie dostał ktoś inny. Elbląski koncern musiał zadowolić się kontraktem na pochylnię w Całunach. Zadanie polegało na zastąpieniu zespołu pięciu śluz jedną pochylnią. I to jest schichauowski produkt od początku do końca: od turbiny wodnej do wózki jezdne. Trochę inna jest też jej zasada działania.
- Ciekawy jest wątek gdański.
- Stocznia jeszcze była w budowie, a już miała zlecenia. Jednym z pierwszych zleceń dla gdańskiej filii była bardzo głęboka modernizacja pancernika Bayern. Dostał nowe kotły, nowe maszyny, został poddany bardzo dużej przebudowie. Dostali też zlecenie na budowę owego silnika dla austro-węgierskiego pancernika Tegetthoff i modernizację cesarskiego jachtu Miramar.
I tu też pewna ciekawostka. Gdańska stocznia była tak energochłonna, że Carl Ziese zdecydował się wybudować własny zespół elektrowni wodnych na Raduni. Długo własnością koncernu nie były. Po I wojnie światowej władze Wolnego Miasta Gdańska zdecydowały się je znacjonalizować. W 1924 władze zmusiły koncern do sprzedaży 4 elektrowni i linii przesyłowych za 2,8 mln guldenów gdańskich… Tymczasem szacuje się, że budowa elektrowni i zbiorników wodnych kosztowała około 18 mln guldenów.
Stocznia w Elblągu (z arch. M. Glocka)
- Koncern to jest jedna sprawa, druga to przeświadczenie, że Ferdynand Schichau dbał o swoich pracowników? Mit czy faktycznie coś było na rzeczy?
- To jest przykład klasycznego niemieckiego kapitalisty z II połowy XIX wieku. Troska o robotnika była korzystna dla jego interesów. Wychodził z założenia, że zadowolony robotnik, który ma gdzie mieszkać, jest w jakiś sposób zaopiekowany, będzie bardziej związany z firmą, bardziej wydajny i nie będzie sprawiał problemów. Trzeba pamiętać, że Ferdynand Schichau był ogromnym zwolennikiem mechanizacji wszystkiego i wszędzie. Do pracy potrzebował pracownika wykwalifikowanego. Z punktu widzenia firmy nieopłacalne było przyuczenie robotnika, który po uzyskaniu kwalifikacji zmieniałby pracę. Żeby przytrzymać go w koncernie dostawał np. mieszkanie, czy też był objęty czymś na kształt ubezpieczenia zdrowotnego - kasy chorych. Z drugiej strony trzeba pamiętać też o tym, że II połowa XIX wieku to czas powstawania w Niemczech podstaw socjalizmu. Trudno Schichaua podejrzewać o socjalistyczne sympatie, ale coś musiało do niego docierać.
- To ile mogli zarabiać pracownicy u Schichaua?
- Na pierwszy rzut oka niewiele. Znane są zarobki pracowników Schichaua w Gdańsku w okresie międzywojennym. I tak za godzinę robotnicy w zależności od grypy i kategorii zaszeregowania zarabiali 16 do 60 feningów za godzinę. Pracowano do 6:40 do 16:30 od poniedziałku do piątku (z przerwą godzinna i 20 minut) , w soboty od 6:40 do 12:30 (przerwa 20 min). Niedziela była wolna. To dotyczy robotników. Oczywiście były różnego rodzaju dodatki… pracownicy umysłowi np. w dziale handlowym zarabiali od 125 guldenów miesięcznie do 348,75 guldenów (były 4 kategorie dodatkowo dzielone na lata pracy). Cheb kosztował kilka, kilkanaście fenigów, piwko w restauracji to wydatek maksymalnie 1 guldena (zazwyczaj 30-50 fenigów). Przy okazji.. wypłacano tygodniówki.
Trzeba pamiętać, że w Prusach ogólnie zarabiało się mniej niż w innych bardziej uprzemysłowionych terenach Niemiec. Z drugiej strony, koszty życia były też mniejsze. Patrząc realnie: robotnika stać było, żeby do pracy dojeżdżać tramwajem, iść na koncerty, które odbywały się w mieście. Jego życie nie było skupione tylko na pracy i przetrwaniu To był zupełnie inny obraz robotnika, jak przedstawiony w „Ziemi Obiecanej”.
Trzeba też pamiętać, że stosunki na linii pracodawca – pracownik były zupełnie inne niż dziś, nie było np. umów o pracę, takich jakie znamy dziś. Pracownik mógł być zwolniony, w zasadzie z dnia na dzień. U Schichaua miał szansę, po jakimś czasie, dostać mieszkanie. Robotnicy wykwalifikowani mogli liczyć na 40 metrów kwadratowych, podejrzewam, że majstrzy, wyżsi rangą pracownicy pewnie na większe. Te budynki w Elblągu jeszcze istnieją m.in. na ulicy Okrzei i w jej okolicach, czy wiele domów na Zatorzu. Co ciekawe były one ujmowane w majątku firmy.
Warto też zwrócić uwagę, że w koncernie dużą wagę przywiązywano do podnoszenia kwalifikacji robotnika. Niewykwalifikowany, który dopiero przeszedł przez bramę, po roku pracy na różnych stanowiskach miał już konkretny fach w ręku. Za tym pewnie szły podwyżki. Z drugiej strony wynikało to z mechanizacji produkcji. Wspomniałem już, że właściciel firmy był maniakiem mechanizacji i podnoszenie kwalifikacji przez pracowników było wymogiem, wynikającym z ciągłego rozwoju firmy. Dla przykładu: na początku jedno stanowisko do nitowania obsługiwały trzy osoby, później robotnik dostał nitownicę i wystarczył jeden.
- Duża była wymiana pracowników?
- Nie. Jak już robotnik zdobył jakieś kwalifikacje, to w interesie firmy było, żeby go przytrzymać, żeby nie zmienił pracy. Tak, aby nie trzeba było na powrót uczyć podstaw kogoś niewykwalifikowanego. Z drugiej strony w Elblągu, w porównaniu np. z Gdańskiem było mniej przedsiębiorstw, gdzie ten wykwalifikowany pracownik mógłby odejść.
Stocznia w Elblągu (z arch. M. Glocka)
- A strajki?
- Za Ferdynanda Schichaua nie było chyba żadnego poważnego. Największy miał miejsce w 1911 r., już za rządów Carla Ziesego. Trwał bagatela 20 tygodni! Generalnie chodziło o to, że od 1898 roku, przez 13 lat, nie było żadnych podwyżek. Wynikało to właśnie koniunktury w tym okresie i dociskaniu pracowników oraz wzrostu kosztów życia. W każdym razie podwyżki były, ale nie zgodzono się na powstanie związków zawodowych. Szczegółowo opiszę to w drugim tomie historii Schichaua, która będzie poświęcona statkom. Jeszcze w tym roku powinna się ukazać. W sumie, w całej historii firmy, były chyba trzy takie poważne. Głównie na tle finansowym.
- Na ile te stosunkowo niskie zarobki były przewagą konkurencyjną Schichaua w walce o rządowe zamówienia?
- To nie tak do końca funkcjonowało. Niemcy poprzez dawanie zamówień elbląskiej stoczni po części dotowali Prusy Wschodnie, które były jedną z biedniejszych części cesarstwa. Dzięki temu wspierali rozwój Prus. Przy czym, to też nie było tak, że wszyscy te Prusy uwielbiali i dbali, żeby tu była kraina mlekiem i miodem płynąca. W Reichstagu socjalistyczni posłowie z Zagłębia Ruhry spierali się z konserwatywnymi posłami z Prus, co do konieczności i skali wspierania niemieckich kresów wschodnich. Oni woleli, aby te pieniądze były kierowane do ich okręgów wyborczych. Czysta polityka.
I na tym kończymy pierwszą część rozmowy. W niedzielę (3 maja) porozmawiamy o koncernie czasów Carla Ziessego i późniejszych. O tym, jak doszło do nacjonalizacji, kto dostał zakaz zbliżania się do firmy i co ma wspólnego Królewiec z elbląskim koncernem.