Spotykałam się ze znajomymi na "Placu Czerwonym"

Urodziłam się na terenie dzisiejszej Litwy. W roku moich narodzin Polska była tam jeszcze silna – wspomina dziś dawne lata, elblążanka, Irena Kozak. – po dwóch latach wyrzucili nas z domu. Mieszkaliśmy w baraku. Mama schowała nas w lochu. Baliśmy się wywózki na Sybir. Mieszkaliśmy w norze. Przezimowaliśmy tam wojnę. Mama popaliła wszystkie nasze dokumenty.
Irena Kozak urodziła się w 1939 roku na terenie dzisiejszej Litwy, w miejscowości Jocze, 30 km od Wilna. Po jej rodzinnej miejscowości nie ma dziś śladu. Rośnie tam jedynie las. W osadzie Jocze znajdowało się przed wojną trzydzieści domów. Wszyscy mieszkańcy wsi pochodzili ze szlachty i nosili nazwisko Jocz. Irena Kozak przez całe życie musiała być osobą bardzo zaradną, już jako dziesięciolatka pracowała na całą rodzinę. Mimo że z pochodzenia jest szlachcianką, w życiu doświadczyła biedy i nędzy. Trwało to nieprzerwanie aż do czasu, gdy wyszła za mąż. Zawsze o wszystko musiała zadbać sama, od małego po wiek dorosły. Znane są jej rodzinne korzenie ze strony mamy, które sięgają XII wieku! Irena Kozak dysponuje drzewem genealogicznym i okazałym herbem swojej rodziny, który, jak sama mówi, nic dzisiaj nie znaczy. Członkowie jej rodziny brali udział w wielu ważnych bitwach i wojnach mających miejsce w historii naszego kraju. Elblążanka była wielokrotnie odznaczana za swoje zasługi na rzecz miasta i kraju. W 1985 roku otrzymała szczególne odznaczenie za zasługi na rzecz Elbląga. Posiada dwa odznaczenia nadane przez Radę Państwa: medal czterdziestolecia Polski Ludowej z 1984 roku oraz Srebrny Krzyż Zasługi, oba podpisane przed przewodniczącego Rady Państwa. Jest w posiadaniu odznaki na rzecz działalności Towarzystwa Przyjaciół Dzieci.
Trudne dzieciństwo
- Przed wojną byliśmy bogaci. Byliśmy szlachtą – wspomina Irena Kozak. - Mieliśmy własny herb. W czasie wojny panował głód i nędza. Po wojnie ja i dwie moje młodsze siostry byłyśmy chore. Ojciec był na wojnie. Jadłyśmy zupę z lebiody. Mama zbierała pokrzywy. Wszystkie w tym lochu miałyśmy gruźlicę i ta zupa nas prawdopodobnie wyleczyła. Po wojnie pracowałam w kołchozie, żeby dostać jedzenie, choćby żyto. Moja mama po stracie naszego majątku nie pozbierała się do końca życia. Nie potrafiła się pozbierać, nie umiała gospodarzyć. Jako że byłam najstarsza, mając dziesięć lat poszłam do najbliższego miasteczka na służbę. Pielęgnowałam tam małą Ludmiłkę. Bardzo ciężko tam pracowałam: prałam, gotowałam. Byłam chuda, mała, a musiałam czerpać wodę z głębokiej studni. Skutkiem tego ucierpiałam potem na wyrostek, który się rozlał i z trudem mnie odratowano. Tak właśnie pracowałam na całą rodzinę. Gdy mama Ludmiły wrzuciła mi kilka rubli do kieszeni, leciałam do sklepu po chleb, cukier czy mąkę. Następnie szłam do domu siedem km, zanosiłam zakupy i wracałam do pracy. Nie chcieliśmy wtedy nigdzie wyjeżdżać, bo liczyliśmy, że może ojciec do nas wróci. Nie wracał. Do dziś nie wiadomo, co się z nim stało. Prawdopodobnie zginął jako partyzant. Sprawdzaliśmy, czy jego nazwisko znajduje się na liście katyńskiej, ale nie było go tam. Gdy mieszkałam u tych państwa, w międzyczasie chodziłam na wieczorówkę do szkoły rusko-litewskiej i skończyłam osiem klas.
Pierwsze lata w Elblągu
- W latach 1957-1959 miała miejsce repatriacja. Do Elbląga przyjechaliśmy z Wilna, gdzie mieliśmy zbiórkę. Z Wilna wyruszyliśmy do Lwowa. We Lwowie, nie wiadomo dlaczego, staliśmy bardzo długo. Ze Lwowa ruszyliśmy do Przemyśla, gdzie zostaliśmy zakwaterowani i spędziliśmy prawie miesiąc. Dali nam karty repatriacyjne, wyżywienie, po tysiąc złotych. Dostaliśmy bilety do Elbląga. Przyjechaliśmy tu na zaproszenie wuja, brata mamy. Początkowo mieszkaliśmy na osiedlu "Metalowców", które znajduje się za dzisiejszym szpitalem wojewódzkim. Było to ładne osiedle, nie zniszczone podczas wojny. Mieszkaliśmy tam tylko trzy miesiące. Nie było nam tam dobrze. Byłam wtedy listonoszką i miałam do pracy bardzo daleko. Przeprowadziliśmy się na Traugutta 66/2. Dostałam wtedy klucze do tego mieszkania od pani, która opuszczała Elbląg. Wykorzystaliśmy tę sposobność i wprowadziliśmy się do mieszkania. Później trzeba było się nagłówkować, żeby nasz pobyt tam zalegalizować. Z czasem zameldowano nas i moja rodzina mieszkała tam do śmierci mamy, do roku 1973. Ja wyprowadziłam się wcześniej, dwa lata po ślubie zamieszkaliśmy z mężem na ulicy Słonecznej. Gdy przybyliśmy do Elbląga, miałam 17 lat, młodsze siostry 15 i 13. Był rok 1957. Wujek mieszkał na Smolnej. Był taksówkarzem, potem pracował na poczcie. To on załatwił mi pierwszą pracę w Elblągu, na poczcie właśnie. W 1957 roku byłam listonoszką. Byłam mała, chuda, ciężko mi z tą teczką było. Z czasem rzuciłam pocztę i pracowałam jako konduktorka w tramwajach. Pobierałam pieniądze za bilety. Każdy musiał kupić u mnie bilet przy wsiadaniu. Miałam tramwajarski mundur, skrzyneczkę na drobniaki. Było to w latach 1958-1959. Potem pracowałam na dworcu kolejowym. Było mi tam pod względem finansowym najlepiej. Pracowałam w barze piwnym, no i piwosze często rzucali mi parę groszy napiwku. Miałam tych napiwków sporo. Utrzymanie rodziny w tamtych czasach to była niesamowita orka. Byłam sama, a członków rodziny kilkoro. Było mi bardzo ciężko. Później starałam się o jakąś konkretną pracę, chciałam się uczyć, pójść do szkoły. Potem dostałam się do Zakładów Wielkiego Proletariatu, który mieścił się na Piławskiej, potem ten zakład nazywał się Furnel. Cieszyłam się, że mam stałą pracę. Była tam wielka biblioteka, z której korzystałam. Czytałam książkę za książką, uczyłam się polskiej pisowni, ponieważ nie umiałam wtedy czytać po polsku. Nie znałam polskich liter. W domu mówiliśmy po polsku, ale liter polskich nie znałam. Sama nauczyłam się polskiej gramatyki. W kwietniu 1961 roku wyszłam za mąż. Urodziłam trójkę dzieci i potem poszłam do szkoły wieczorowej, skończyłam cztery klasy i zdałam maturę. Potem zwolniłam się z ZWP i zatrudniałam się w Plastyku, w którym przepracowałam 22 lata. Pracując tam skończyłam półroczny kurs inspekcji pracy i potem pracowałam także w charakterze zakładowego inspektora pracy. W Plastyku byłam także kierownikiem transportu. W 1981 roku zaczęłam pracę biurową w Lidze Kobiet Polskich. Pracowałam tam dziewięć lat. Potem poszłam na rentę. Na rencie przepracowałam jeszcze sześć lat jako inspektor w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Przez 16 lat byłam ławnikiem w sądzie wojewódzkim,przez 12 lat kuratorem sądowym.
Trudne lata po śmierci męża
- Mój mąż zmarł nagle, niespodziewanie w 2003 roku. W niedzielę jedliśmy obiad, żartowaliśmy. Po niedzieli mąż miał iść do szpitala na badania. W tygodniu miał mieć operację. W trakcie operacji dostał sepsy i na drugą niedzielę już nie żył. Przez trzy lata po śmierci męża byłam zupełnie sama. Wpadłam w straszną depresję. Dopiero gdy pojechałam na dwutygodniowe wczasy do Jastrzębiej Góry, zorganizowane przez naszą parafię, i zamieszkałam w pokoju z pięcioma kobietami, nagle się przed nimi otworzyłam. Były tam wtedy z nami dzieci z zespołem downa. Brałam te dzieci i szłam z nimi na spacer, zajmowałam się nimi. A dzieci z downem są takie fajne, pocieszne, tak lubią się tulić. No i wtedy przyszła refleksja, że muszę coś z sobą zrobić, minęły już trzy lata od śmierci męża. Po powrocie znad morza poszłam do opieki społecznej, trafiłam do psychologa. Gadałam, płakałam, gadałam, płakałam. I tak w kółko. Psycholog wysłała mnie na Owocową, do Klubu Seniora. Jak tam weszłam, poczułam tak ciepłą atmosferę, że nie mogłam stamtąd wyjść. Byłam kompletnym wrakiem. Uważam, że każdy, kto wiedzie ciężkie, samotne życie, powinien przyjść do tego domku na Owocową, bo tam jest radość, tam jest życie! Mam teraz piękną starość! Mam teraz wspaniałe życie! Każdemu życzę takiej starości! Do szczęścia brakuje mi tylko zdrowia.
Tak pamiętam powojenny Elbląg
- Elbląg był w latach pięćdziesiątych bardzo zniszczony, skopany – mówi pani Irena. - Jako listonoszka bardzo się bałam chodzić po swoim rejonie. A należał do mnie rejon obejmujący ulice Traugutta, Słoneczną, Moniuszki, Kopernika, Curie-Skłodowskiej, Chopina, Szymanowskiego. Bałam się tam chodzić. W miejscu, gdzie jest teraz park Traugutta, nie było żadnego domu, tylko takie wypalone kikuty. W tym parku był kiedyś cmentarz niemiecki, bardzo nieprzyjemnie się tam chodziło. Zdarzało się, że napotkało się na otwarty grób. Po dziś dzień nie wiem, dlaczego leżały one wtedy tak pootwierane. Zdarzało się, że trumna była otwarta, tylko piszczele w niej leżały. Myślę, że ludzie wykopywali te groby w poszukiwaniu złota. A Stare Miasto? Uchowaj Boże! Strach było pomyśleć, żeby w ogóle pójść w tamte rejony! Krążyły plotki, ze znajdują się tam podziemia, które zostały wypełnione przez Niemców materiałami wybuchowymi. Każdy bał się pójść w tamtym kierunku. Nie było nawet mowy, żeby tam się zbliżyć! Stare Miasto było totalnie zniszczone, stał tam tylko kościół św. Mikołaja i Brama Targowa. Pod bramą przejeżdżał tramwaj. Tramwaj też jeździł ulicą Traugutta w kierunku Agrykoli, ale mało kto dziś to pamięta. Ja sama jeździłam tym tramwajem na Agrykolę przez ulicę Traugutta. Wszystko to było bardzo ciekawe, ale ludzie nie mieli, jak się na tym wszystkim skupić, ponieważ był bardzo duży pęd za pieniądzem, za tym, żeby się jakoś utrzymać. Przed dzisiejszym sądem znajdował się tzw. "Plac Czerwony". Były tam piękne pergole, ławki, scena. Nieopodal znajdowały się łaźnie. Nazwa "Plac Czerwony" nawiązywała do czerwonego żwiru, który znajdował się na tym placu. Powstał on z potłuczonych cegieł znoszonych ze Starego Miasta. Ludzie je zwozili, głównie wolontariusze, żeby plac ładnie wyglądał. Spotykaliśmy się często ze znajomymi na tym placu. Ustalaliśmy godzinę i tam spędzaliśmy czas. Plac ten sięgał aż do prezydium. Za pergolami znajdowały się po nieniemieckie łaźnie. Chodziliśmy do nich, brało się ręcznik, płaciło się przy wejściu. Potem budynek zburzono, a na jego miejscu powstała szkoła muzyczna. Łaźnia była bardzo dobrym wynalazkiem, ponieważ w wielu domach nie było łazienek. W każdą sobotę chodziliśmy z mężem do łaźni. Funkcjonowała ona jeszcze w latach siedemdziesiątych. Potem ją zburzono. Tam, gdzie jest obecnie szkoła muzyczna, a dokładnie w miejscu boiska, znajdowało się w dole ogrodnictwo. Schodziło się tam po schodach. Rosły tam malutkie drzewka obsypane owocami. Był tam też domek, śliczny jak z bajki. Wszędzie było pełno kwiatów. Potem to wszystko zlikwidowano.
Trudne dzieciństwo
- Przed wojną byliśmy bogaci. Byliśmy szlachtą – wspomina Irena Kozak. - Mieliśmy własny herb. W czasie wojny panował głód i nędza. Po wojnie ja i dwie moje młodsze siostry byłyśmy chore. Ojciec był na wojnie. Jadłyśmy zupę z lebiody. Mama zbierała pokrzywy. Wszystkie w tym lochu miałyśmy gruźlicę i ta zupa nas prawdopodobnie wyleczyła. Po wojnie pracowałam w kołchozie, żeby dostać jedzenie, choćby żyto. Moja mama po stracie naszego majątku nie pozbierała się do końca życia. Nie potrafiła się pozbierać, nie umiała gospodarzyć. Jako że byłam najstarsza, mając dziesięć lat poszłam do najbliższego miasteczka na służbę. Pielęgnowałam tam małą Ludmiłkę. Bardzo ciężko tam pracowałam: prałam, gotowałam. Byłam chuda, mała, a musiałam czerpać wodę z głębokiej studni. Skutkiem tego ucierpiałam potem na wyrostek, który się rozlał i z trudem mnie odratowano. Tak właśnie pracowałam na całą rodzinę. Gdy mama Ludmiły wrzuciła mi kilka rubli do kieszeni, leciałam do sklepu po chleb, cukier czy mąkę. Następnie szłam do domu siedem km, zanosiłam zakupy i wracałam do pracy. Nie chcieliśmy wtedy nigdzie wyjeżdżać, bo liczyliśmy, że może ojciec do nas wróci. Nie wracał. Do dziś nie wiadomo, co się z nim stało. Prawdopodobnie zginął jako partyzant. Sprawdzaliśmy, czy jego nazwisko znajduje się na liście katyńskiej, ale nie było go tam. Gdy mieszkałam u tych państwa, w międzyczasie chodziłam na wieczorówkę do szkoły rusko-litewskiej i skończyłam osiem klas.
Pierwsze lata w Elblągu
- W latach 1957-1959 miała miejsce repatriacja. Do Elbląga przyjechaliśmy z Wilna, gdzie mieliśmy zbiórkę. Z Wilna wyruszyliśmy do Lwowa. We Lwowie, nie wiadomo dlaczego, staliśmy bardzo długo. Ze Lwowa ruszyliśmy do Przemyśla, gdzie zostaliśmy zakwaterowani i spędziliśmy prawie miesiąc. Dali nam karty repatriacyjne, wyżywienie, po tysiąc złotych. Dostaliśmy bilety do Elbląga. Przyjechaliśmy tu na zaproszenie wuja, brata mamy. Początkowo mieszkaliśmy na osiedlu "Metalowców", które znajduje się za dzisiejszym szpitalem wojewódzkim. Było to ładne osiedle, nie zniszczone podczas wojny. Mieszkaliśmy tam tylko trzy miesiące. Nie było nam tam dobrze. Byłam wtedy listonoszką i miałam do pracy bardzo daleko. Przeprowadziliśmy się na Traugutta 66/2. Dostałam wtedy klucze do tego mieszkania od pani, która opuszczała Elbląg. Wykorzystaliśmy tę sposobność i wprowadziliśmy się do mieszkania. Później trzeba było się nagłówkować, żeby nasz pobyt tam zalegalizować. Z czasem zameldowano nas i moja rodzina mieszkała tam do śmierci mamy, do roku 1973. Ja wyprowadziłam się wcześniej, dwa lata po ślubie zamieszkaliśmy z mężem na ulicy Słonecznej. Gdy przybyliśmy do Elbląga, miałam 17 lat, młodsze siostry 15 i 13. Był rok 1957. Wujek mieszkał na Smolnej. Był taksówkarzem, potem pracował na poczcie. To on załatwił mi pierwszą pracę w Elblągu, na poczcie właśnie. W 1957 roku byłam listonoszką. Byłam mała, chuda, ciężko mi z tą teczką było. Z czasem rzuciłam pocztę i pracowałam jako konduktorka w tramwajach. Pobierałam pieniądze za bilety. Każdy musiał kupić u mnie bilet przy wsiadaniu. Miałam tramwajarski mundur, skrzyneczkę na drobniaki. Było to w latach 1958-1959. Potem pracowałam na dworcu kolejowym. Było mi tam pod względem finansowym najlepiej. Pracowałam w barze piwnym, no i piwosze często rzucali mi parę groszy napiwku. Miałam tych napiwków sporo. Utrzymanie rodziny w tamtych czasach to była niesamowita orka. Byłam sama, a członków rodziny kilkoro. Było mi bardzo ciężko. Później starałam się o jakąś konkretną pracę, chciałam się uczyć, pójść do szkoły. Potem dostałam się do Zakładów Wielkiego Proletariatu, który mieścił się na Piławskiej, potem ten zakład nazywał się Furnel. Cieszyłam się, że mam stałą pracę. Była tam wielka biblioteka, z której korzystałam. Czytałam książkę za książką, uczyłam się polskiej pisowni, ponieważ nie umiałam wtedy czytać po polsku. Nie znałam polskich liter. W domu mówiliśmy po polsku, ale liter polskich nie znałam. Sama nauczyłam się polskiej gramatyki. W kwietniu 1961 roku wyszłam za mąż. Urodziłam trójkę dzieci i potem poszłam do szkoły wieczorowej, skończyłam cztery klasy i zdałam maturę. Potem zwolniłam się z ZWP i zatrudniałam się w Plastyku, w którym przepracowałam 22 lata. Pracując tam skończyłam półroczny kurs inspekcji pracy i potem pracowałam także w charakterze zakładowego inspektora pracy. W Plastyku byłam także kierownikiem transportu. W 1981 roku zaczęłam pracę biurową w Lidze Kobiet Polskich. Pracowałam tam dziewięć lat. Potem poszłam na rentę. Na rencie przepracowałam jeszcze sześć lat jako inspektor w Towarzystwie Przyjaciół Dzieci. Przez 16 lat byłam ławnikiem w sądzie wojewódzkim,przez 12 lat kuratorem sądowym.
Trudne lata po śmierci męża
- Mój mąż zmarł nagle, niespodziewanie w 2003 roku. W niedzielę jedliśmy obiad, żartowaliśmy. Po niedzieli mąż miał iść do szpitala na badania. W tygodniu miał mieć operację. W trakcie operacji dostał sepsy i na drugą niedzielę już nie żył. Przez trzy lata po śmierci męża byłam zupełnie sama. Wpadłam w straszną depresję. Dopiero gdy pojechałam na dwutygodniowe wczasy do Jastrzębiej Góry, zorganizowane przez naszą parafię, i zamieszkałam w pokoju z pięcioma kobietami, nagle się przed nimi otworzyłam. Były tam wtedy z nami dzieci z zespołem downa. Brałam te dzieci i szłam z nimi na spacer, zajmowałam się nimi. A dzieci z downem są takie fajne, pocieszne, tak lubią się tulić. No i wtedy przyszła refleksja, że muszę coś z sobą zrobić, minęły już trzy lata od śmierci męża. Po powrocie znad morza poszłam do opieki społecznej, trafiłam do psychologa. Gadałam, płakałam, gadałam, płakałam. I tak w kółko. Psycholog wysłała mnie na Owocową, do Klubu Seniora. Jak tam weszłam, poczułam tak ciepłą atmosferę, że nie mogłam stamtąd wyjść. Byłam kompletnym wrakiem. Uważam, że każdy, kto wiedzie ciężkie, samotne życie, powinien przyjść do tego domku na Owocową, bo tam jest radość, tam jest życie! Mam teraz piękną starość! Mam teraz wspaniałe życie! Każdemu życzę takiej starości! Do szczęścia brakuje mi tylko zdrowia.
Tak pamiętam powojenny Elbląg
- Elbląg był w latach pięćdziesiątych bardzo zniszczony, skopany – mówi pani Irena. - Jako listonoszka bardzo się bałam chodzić po swoim rejonie. A należał do mnie rejon obejmujący ulice Traugutta, Słoneczną, Moniuszki, Kopernika, Curie-Skłodowskiej, Chopina, Szymanowskiego. Bałam się tam chodzić. W miejscu, gdzie jest teraz park Traugutta, nie było żadnego domu, tylko takie wypalone kikuty. W tym parku był kiedyś cmentarz niemiecki, bardzo nieprzyjemnie się tam chodziło. Zdarzało się, że napotkało się na otwarty grób. Po dziś dzień nie wiem, dlaczego leżały one wtedy tak pootwierane. Zdarzało się, że trumna była otwarta, tylko piszczele w niej leżały. Myślę, że ludzie wykopywali te groby w poszukiwaniu złota. A Stare Miasto? Uchowaj Boże! Strach było pomyśleć, żeby w ogóle pójść w tamte rejony! Krążyły plotki, ze znajdują się tam podziemia, które zostały wypełnione przez Niemców materiałami wybuchowymi. Każdy bał się pójść w tamtym kierunku. Nie było nawet mowy, żeby tam się zbliżyć! Stare Miasto było totalnie zniszczone, stał tam tylko kościół św. Mikołaja i Brama Targowa. Pod bramą przejeżdżał tramwaj. Tramwaj też jeździł ulicą Traugutta w kierunku Agrykoli, ale mało kto dziś to pamięta. Ja sama jeździłam tym tramwajem na Agrykolę przez ulicę Traugutta. Wszystko to było bardzo ciekawe, ale ludzie nie mieli, jak się na tym wszystkim skupić, ponieważ był bardzo duży pęd za pieniądzem, za tym, żeby się jakoś utrzymać. Przed dzisiejszym sądem znajdował się tzw. "Plac Czerwony". Były tam piękne pergole, ławki, scena. Nieopodal znajdowały się łaźnie. Nazwa "Plac Czerwony" nawiązywała do czerwonego żwiru, który znajdował się na tym placu. Powstał on z potłuczonych cegieł znoszonych ze Starego Miasta. Ludzie je zwozili, głównie wolontariusze, żeby plac ładnie wyglądał. Spotykaliśmy się często ze znajomymi na tym placu. Ustalaliśmy godzinę i tam spędzaliśmy czas. Plac ten sięgał aż do prezydium. Za pergolami znajdowały się po nieniemieckie łaźnie. Chodziliśmy do nich, brało się ręcznik, płaciło się przy wejściu. Potem budynek zburzono, a na jego miejscu powstała szkoła muzyczna. Łaźnia była bardzo dobrym wynalazkiem, ponieważ w wielu domach nie było łazienek. W każdą sobotę chodziliśmy z mężem do łaźni. Funkcjonowała ona jeszcze w latach siedemdziesiątych. Potem ją zburzono. Tam, gdzie jest obecnie szkoła muzyczna, a dokładnie w miejscu boiska, znajdowało się w dole ogrodnictwo. Schodziło się tam po schodach. Rosły tam malutkie drzewka obsypane owocami. Był tam też domek, śliczny jak z bajki. Wszędzie było pełno kwiatów. Potem to wszystko zlikwidowano.
dk