Dziś o świcie odpaliłem bolida i cichutko lewitując odleciałem w kierunku Mierzei. Nad Rybiną zwolniłem. W polu dostrzegłem dziwną scenkę, cztery KLEKOTNIKI obserwowały narwanego Ludziaka ino w gaciach ale w walonkach i uszatce. Wrzeszczał prawdopodobnie do swojej zbrzuchaconej Samicy jeno w koszulinie nocnej. Na miedzy w piżamkach stało czworo płaczących Ludziakowych Drobiazgów. Samiec Ludziakowy biegał od Samicy do KLEKOTNIKÓW i tak w kółko. Krzyczał tak soczyście, że piana spod wąsisków lała się obficie. Zafascynowany przycupnąłem bolidem w pobliżu i włączyłem kamuflaż PRZEŹROCZYSTOŚCI. Samiec cudnie klął na WIOSNĘ, że ma Ją w dupie z takimi corocznymi prezentami a DZIOBATYCH KURIERÓW potopi w Szkarpawie. Pięściami wymachiwał KLEKOTNIKOM a one uskakiwały. Wyklinał Samicy, że u niego w rodzinie zawsze były chłopaki a Ona zapowiada mu już piątego DZIRAWCA. Już wściekły zmierzał do swej Połowicy, gdy dwa KLEKOTY podfrunęły i stanęły mu na drodze. Jeden zabrał uszatkę a drugi dziobem puknął Go w czoło. Mało tego, Samica odwróciła się i zadzierając koszulinę wypięła do niego. Poranek w Rybinie rozświetliły dwa Słońca, jedno na wschodzie a drugie w szerokim zadzie Niewiasty. Samca zamurowało. Ona najmniejszy chlipiący Drobiazg wzięła na ręce a resztę popędziła przed sobą ku SŁOŃCU. KLEKOTY poszły na śniadanie. Jak w obiad wracałem to Samiec nadal stał w tym samym miejscu i bez czapki.