Rozmawiamy o Królewcu: kto dla kogo jest zagrożeniem

Profesor Tadeusz Baryła jest ekspertem ds. wschodnich z Instytutu Północnego im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie. To autor wielu analiz dotyczących sytuacji społecznej w obwodzie królewieckim. Dzisiaj o militaryzacji obwodu i tego jak duże stanowi to zagrożenie dla Polski, a dla regionów przygranicznych w szczególności.
- Zawsze wiele emocji wzbudza to, czy w Królewcu stacjonują oddziały dysponujące bronią atomową..
- Obecnie nie stacjonuje tam broń jądrowa. Choć stacjonują jej nośniki. To lotnictwo strategiczne oraz zestawy rakiet, mogących broń jądrową przenosić nawet na odległość do 5 tysięcy kilometrów. Czyli to niebezpieczeństwo potencjalnie ciągle istnieje. Trzeba też pamiętać, że obwód jest częścią państwa będącego agresorem. Na dodatek Rosja wcale nie wyrzekła się agresywnych planów wobec sąsiadów na zachodzie. W tym także Polski oraz całego regionu Morza Bałtyckiego. Czyli jesteśmy jako Polska w strefie zagrożenia wojennego.
- Obwód był wielkim garnizonem wojskowym. Czy jest to aktualne?
- Przechodziliśmy różne fazy funkcjonowania tego garnizonu. W związku z z wycofywaniem wojsk z terenów byłego Układu Warszawskiego jednostki te były przemieszczane do obwodu królewieckiego. Wtedy tamtejsze garnizony liczyły w sumie nawet ponad 300 tysięcy żołnierzy. To było jednak mocno przejściowe. Wtedy armia radziecka zamieniała się w rosyjską. Zwalniano ludzi do cywila, część wojska z czasem była przenoszona w głąb kraju. Teraz tego wojska w obwodzie jest nie więcej jak 35 tysięcy. Oddziały te są także wysyłane do walki z Ukrainą. Przy gubernatorze działa specjalna komórka mająca za zadanie opiekę nad rodzinami walczących z Ukrainą oraz nad zdemobilizowanymi. Na czele tej komórki stoi żona byłego oficera, który poległ na Ukrainie. Komitet ten prowadzi szeroką działalność propagandową. Świadczy też pomoc weteranom agresji i ich rodzinom. Tym sposobem podtrzymywany jest nimb szlachetnej walki o Rosję.
- Czy taka liczba żołnierzy stacjonujących w obwodzie jest dla nas groźna w przypadku potencjalnej agresji na Polskę?
- Ważny jest stopień ich przygotowania do potencjalnego konfliktu. To wojsko przechodzi intensywne szkolenie na poligonach w głębi Rosji. Spora część z nich ma też za sobą dłuższe lub krótsze epizody walk w Ukrainie. Trzeba mieć świadomość, że tego rodzaju doświadczenie bojowe jest najpewniejszym rodzajem przygotowania do potencjalnego konfliktu z Polską i NATO.
- Większość z tych sił stacjonuje dalej od granicy z Polską, na północ od Pregoły. To rzeka która mniej więcej dzieli na pół cały obwód. Czy to oznacza, że te siły szykują się do potencjalnej obrony? A może to próba wywierania nacisku na Litwę? Bo ten rejon to znów pogranicze rosyjsko-litewskie.
- Zakładam, że to naturalna linia potencjalnej obrony przed rajdami polskich wojsk. To także rejon gdzie są największe miasta obwodu. To choćby Czerniachowsk, gdzie stacjonuje duży garnizon i na dodatek działa tam bardzo duże lotnisko wojskowe. Było ono wcześniej wykorzystywane do przerzutu na teren obwodu rakiet Iskander. To była demonstracja mająca dowodzić, że Królewiec może być miejscem startu tych rakiet z celami na terenie Polski czy Niemiec. Linia Pregoły może być także miejscem koncentracji i wyprowadzania ataku na Polskę, ale także i na Litwę. Ponadto już ponad osiem lat temu została rozbudowana linia umocnień na wybrzeżu morskim obwodu. Te urządzenia są przygotowane także do uderzeń rakietowych na całym Bałtyku. Rozbudowane są tam także urządzenia do zakłócania sygnału GPS. Nawet aż do Bieguna Północnego i do Morza Śródziemnego na południu. To jest istotne zagrożenie dla wszystkich państw leżących nad tym morzem.
- Jeden z analityków polskich stwierdził w oficjalnie publikowanej analizie, że Rosjanie dla potencjalnej ofensywy wyprowadzanej z terenu obwodu nie mają tak zwanej „głębi operacyjnej”. Jeśli jednak już by się cokolwiek miało dziać, to uderzenie rosyjskie poszłoby wcale nie w kierunku „przesmyku suwalskiego” tylko na Braniewo, Elbląg i dalej wzdłuż Wisły do Torunia.
- Zgadzam się z tą analizą. To wtedy byłoby połączone z atakiem z terenu Białorusi w kierunku Warszawy.
- Pod Królewcem powstał gigantyczny kompleks antenowy. Czy jest on wykorzystywany w wojnie hybrydowej?
- Z całą pewnością. Takie kompleksy antenowe są co najmniej trzy na terenie całego obwodu. Najprawdopodobniej tworzą one system rozpoznania elektronicznego. Temu choćby służy olbrzymi radar ulokowany w Bałtijsku,. To miała być odpowiedź na sieć podobnych urządzeń na Bornholmie. Te urządzenia służą także do zagłuszania sygnału GPS i w ogóle do zakłócania transmisji internetowych. Wiemy także, ze Rosja prócz bardzo energochłonnych (ich włączenie jest natychmiast widoczne przez satelity państw NATO) radarów, zabezpieczyła też elektronicznie granicę z Polską. A banalne zgłoszenie nowej karty SIM jest związane z 24-godzinnym oczekiwaniem. W tym czasie operator ma sprawdzić, czy dana osoba jest rzeczywiście tym, za kogo się podaje. Ponadto karty dają dostęp tylko do tej częściInternetu, który jest cenzurowany przez nadzór elektroniczny Rosji. To nie więcej jak 36 tytułów stron internetowych. Żadna inna strona nie może się otworzyć przy pomocy tak skonstruowanych blokad.
- Jak wejście Szwecji i Finlandii do NATO wzbogaciło nasze możliwości obronne w tym rejonie?
- W tych krajach są bardzo wydajne systemy zakłócania pracy rosyjskich urządzeń. Ponadto państwa te dysponują bardzo mocną marynarką wojenną, która jest w stanie stawić czoła atakowi od strony morza. Przez pewien czas analitycy militarni żyli obawami, kiedy to do Królewca dopłynie trzecia łódź podwodna. Nota bene o napędzie Dieslowskim. Prawie cztery lata trwały „przekomarzanki” w Rosji o to, czy ta łódź powinna stacjonować w Bałtijsku czy w Sankt-Petersburgu. Do tej pory nie wiemy, jak ta sprawa została rozwiązana. To wszystko pokazuje, że siła rosyjskiej Floty Bałtyckiej jest niezwykle umowna. Dysponują oczywiście mocną bronią rakietową, ale jednostki pływające nie są silną stroną tej struktury. Rosja ma chyba świadomość, iż jakikolwiek atak morski w basenie bałtyckim byłby katastrofą dla armii Putina. Pewnie, w razie konfliktu, bardzo szybko jednostki tej floty dałoby się zamknąć w portach. Nie stanowiłyby one w takim przypadku żadnego zagrożenia dla bałtyckich państw NATO. Tym bardziej, że to z reguły przestarzałe jednostki pochodzące z lat osiemdziesiątych a nawet siedemdziesiątych.
- Obwód królewiecki był terenem jednego z fragmentów ćwiczeń wojskowych „Zapad”. Czy te ćwiczenia wykazały stopień przygotowania rosyjskiego do potencjalnej wojny z Zachodem?
- To były ćwiczenie bez znaczenia wojskowego. Miały znaczenie tylko w wymiarze propagandowym. O wiele ważniejsze, wedle mnie, było spotkanie, mniej więcej w tym samym czasie w Królewcu szefa Międzynarodowej Agencji Atomistycznej z rosyjskim odpowiednikiem. To był sygnał, że trwają dyskusje o tym, by jakiekolwiek walki nie stały się początkiem atomowego armagedonu. Szczególnie gdyby doszło do wywołanej jakąkolwiek wojną katastrofy w elektrowni atomowej. Bo nikt nie chciałby przeżywać drugiego Czarnobyla.
- W obwodzie jednak mieszka milion ludzi. Czy są oni przygotowani psychicznie i materialnie na potencjalny konflikt?
- To mozaika ludności różnych narodowości zamieszkujących całą Rosję. Poziom życia nieco się tam pogorszył w stosunku do okresu sprzed agresji na Ukrainę. Ceny na podstawowe produkty spożywcze są na poziomie cen polskich, a zarobki są co najmniej o połowę niższe. Jednocześnie w samym obwodzie daje się dostrzec gołym okiem stagnację gospodarczą. Brakuje też wentyla bezpieczeństwa, jakim były wyjazdy „zakupowe” do Polski czy Litwy. Oddziaływanie propagandy idącej z Moskwy jest jednak wszechmocne. Większość ludzi żyje tam w przeświadczeniu, że ta wojna została narzucona przez Zachód. A na Ukrainie walczy się z neofaszyzmem. I jest to wojna obronna Rosji.
- Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych oficjalnie w Rosji mówiło się, że obwód królewiecki to swobodna strefa ekonomiczna. Wraz z przyjściem Putina do władzy stopniowo jakiekolwiek swobody były ograniczane, a teraz złośliwi co najwyżej sugerują, że z tych trzech słów aktualne jest tylko „strefa” - po rosyjsku „zona”.
- Tak naprawdę taka strefa była co najwyżej marzeniem pierwszego gubernatora Jurija Matoczkina w początku lat dziewięćdziesiątych. To miał być taki rosyjski Hongkong. Nawet pewne swobody ekonomiczne wtedy zostały wprowadzone. Miały się one w następnych latach rozwijać. Tyle że wahadło historii poszło w zupełnie innym kierunku. Zamiast samodzielności mamy pełną podległość Moskwie.
Funkcjonowały też inne pomysły dla dalszego funkcjonowania obwodu. Miała być to albo strefa hazardowa albo handlu obligacjami państwowymi, na podstawie jakichś przepisów o swobodach bankowych. Myślano też o rozwoju usług turystycznych. W tej chwili zaś obwód już nie ma nic, co by go różniło od innych jednostek administracyjnych w głębi Rosji. Nie widzę szans by, w dającej się przewidzieć przyszłości cokolwiek się w tej kwestii zmieniło.
- Stopniowe ograniczanie tranzytu pomiędzy „Rosją kontynentalną” a obwodem królewieckim, szczególnie szlakiem przez Litwę, doprowadza do perturbacji ekonomicznych.
- To nie tyle ograniczanie, co realizacja ustalonej przez Unię Europejską zasady, że w związku z wojną na Ukrainie tranzyt ten nie może wzrastać. Oczywiście w Moskwie mówią o ograniczaniu. Jakiekolwiek zawirowania były także efektem zamknięcia kilku przejść granicznych Litwy z Białorusią. Wolumeny towarowe idące do Królewca nie były jednak zmniejszane. Jednocześnie gospodarka obwodu jest tak rachityczna, że nie ma za bardzo co wywozić z Królewca do „wielkiej Rosji”. Nadzieją gospodarczą regionu jest natomiast pośredniczenie w handlu z Chinami. Chodzi o przywóz towarów do portu w Królewcu wielkimi kontenerowcami, a potem ich rozwózka po całej Europie. Już obecnie docierają tam transporty z Chin zawierające jednorazowo nawet do 500 kontenerów. Po rozładowaniu towary te trafiają, na mniejszych statkach, do wielu miejsc w Europie.
- Jedyną realną szansą dla gospodarki królewieckiej wydaje się rolnictwo. A może w Moskwie doszli do wniosku, że po prostu muszą utrzymać Królewiec jako swoją bazę wojskową, bez oglądania się na koszty?
- Całkiem możliwe, że do takiego wniosku otoczenie Putina doszło. Obecnie sytuacja ekonomiki regionalnej jest spaczona przez wprowadzania w Rosji elementów gospodarki wojennej. To nie sprzyja jakimkolwiek planom ekonomicznym. Jeszcze przed wybuchem wojny szacowano, że obwód zaspokaja swoje potrzeby żywnościowe całkowicie z własnej produkcji. Mówiono nawet o znacznych nadwyżkach. Wypracowano też system wsparcia dla lokalnych rolników. Stąd w obwodzie pojawił się wtedy jako inwestor rolny były mer Moskwy Sergey Sobianin. Stworzył on w obwodzie duży holding spożywczy. To jednak nie spowodowało jakiegoś boomu na rolnictwo. Gospodarka Sobianina była mocno ekstensywna. Wykorzystywał już istniejące możliwości, a tu należało rozpocząć wielkie inwestycje choćby w zdewastowany system melioracji.
- Czy więc obwód królewiecki jest dla nas zagrożeniem? A może nie należy przeszacowywać jego znaczenia?
- W Moskwie chcieliby za pieniądze federalne uczynić jakieś okno wystawiennicze Rosji, nastawione na republiki nadbałtyckie. Jakoś średnio im się to udaje. By rosyjskojęzyczni Łotysze czy Estończycy wcale nie palą się z emigracją do Rosji, a tym bardziej do Królewca.