Chłopskie interesy
Jak wiemy, wtorek i piątek są dniami targowymi w Elblągu. W dniach tych ze wszystkich pobliskich wiosek zjeżdżają do miasta chłopi, przywożąc na targ swoje produkty, informował Dziennik Bałtycki z 7 marca 1958 r.
Ostatecznie nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby chłopi w dni targowe nie urządzali gorszących scen na ulicach miasta. Oto jeden charakterystyczny obrazek.
Na Placu Słowiańskim skupisko ludzi. W kierunku poczty jedzie furmanka, a obok niej, słaniając się na nogach, wloką się dwaj pijani gospodarze, tocząc ze sobą zaciętą sprzeczkę. Z zapijaczonych ust sypią się jak grad wulgarne słowa, którymi obrzucają się nawzajem. Trzeci, niemniej pijany, jedzie furmanką środkiem ulicy, nie zwracając żadnej uwagi na przejeżdżające samochody i tramwaje.
Grupa gapiów odprowadza śmiejąc się, całą tę karawanę do poczty. Tam dwaj zacietrzewieni gospodarze dopuszczają się rękoczynów, a trzeci wjeżdża furmanką wprost pod samochód ciężarowy, unikając wypadku tylko dzięki przytomności kierowcy, który w ostatniej chwili mocno hamuje.
Awanturnicy kończą bójkę. Na polu walki zostaje pokonany – starszy sfatygowany mężczyzna, natomiast zwycięzca – trzydziestokilkuletni gospodarz – wskakuje na furmankę i z pijackim okrzykiem odjeżdża.
Obrazki takie spotykamy nierzadko, lecz nie wywołują one właściwej reakcji przygodnych widzów. Nie ma też milicji, która by natychmiast interweniowała.
Tego dnia, zaraz po opisanym wypadku, w Al. K. Świerczewskiego stał milicjant ukryty w cieniu drzewa o jakieś 200 metrów od miejsca awantury. W jakim celu pozostawał tam, zamiast interweniować i uniemożliwić bójkę, to pozostanie tajemnicą.
W każdym razie za tego rodzaju wypadki ponoszą winę nie tylko stróże porządku publicznego, ale również społeczeństwo, które wobec takich spraw zachowuje niezrozumiałą obojętność. A przecież tego rodzaju wypadki interesować każdego.
Na Placu Słowiańskim skupisko ludzi. W kierunku poczty jedzie furmanka, a obok niej, słaniając się na nogach, wloką się dwaj pijani gospodarze, tocząc ze sobą zaciętą sprzeczkę. Z zapijaczonych ust sypią się jak grad wulgarne słowa, którymi obrzucają się nawzajem. Trzeci, niemniej pijany, jedzie furmanką środkiem ulicy, nie zwracając żadnej uwagi na przejeżdżające samochody i tramwaje.
Grupa gapiów odprowadza śmiejąc się, całą tę karawanę do poczty. Tam dwaj zacietrzewieni gospodarze dopuszczają się rękoczynów, a trzeci wjeżdża furmanką wprost pod samochód ciężarowy, unikając wypadku tylko dzięki przytomności kierowcy, który w ostatniej chwili mocno hamuje.
Awanturnicy kończą bójkę. Na polu walki zostaje pokonany – starszy sfatygowany mężczyzna, natomiast zwycięzca – trzydziestokilkuletni gospodarz – wskakuje na furmankę i z pijackim okrzykiem odjeżdża.
Obrazki takie spotykamy nierzadko, lecz nie wywołują one właściwej reakcji przygodnych widzów. Nie ma też milicji, która by natychmiast interweniowała.
Tego dnia, zaraz po opisanym wypadku, w Al. K. Świerczewskiego stał milicjant ukryty w cieniu drzewa o jakieś 200 metrów od miejsca awantury. W jakim celu pozostawał tam, zamiast interweniować i uniemożliwić bójkę, to pozostanie tajemnicą.
W każdym razie za tego rodzaju wypadki ponoszą winę nie tylko stróże porządku publicznego, ale również społeczeństwo, które wobec takich spraw zachowuje niezrozumiałą obojętność. A przecież tego rodzaju wypadki interesować każdego.
oprac. Olaf B.