UWAGA!

----

Nie zastąpię im mamy ani taty, ale mogę być bezpieczną przystanią

 Elbląg, My mieliśmy swoje życie poukładane. Trójkę własnych dzieci. Pracę. Codzienność jak u wielu innych rodzin. I nie planowaliśmy, że będziemy rodziną zastępczą. To nie był projekt. To był los. - mówi pani Elwira
My mieliśmy swoje życie poukładane. Trójkę własnych dzieci. Pracę. Codzienność jak u wielu innych rodzin. I nie planowaliśmy, że będziemy rodziną zastępczą. To nie był projekt. To był los. - mówi pani Elwira (fot. ECUS)

– To nie był żaden wielki plan. To się po prostu wydarzyło – mówi Elwira Karczewska, która wraz z mężem tworzy zawodową rodzinę zastępczą. Poznajcie historię domu, w którym opiekę i miłość znalazło ponad trzydzieścioro dzieci. Dzieci, które przyszły z różnych miejsc, z różnymi historiami i z bardzo różnym życiowym bagażem.

Zadecydował los
       – My mieliśmy swoje życie poukładane. Trójkę własnych dzieci. Pracę. Codzienność jak u wielu innych rodzin. I nie planowaliśmy, że będziemy rodziną zastępczą. To nie był projekt. To był los. – mówi pani Elwira.

Los przyszedł do ich domu w bardzo konkretnym momencie i z bardzo konkretną historią. W 2003 roku, tuż przed świętami, u znajomych pani Elwiry wydarzyła się tragedia. Na raka zmarła matka, a jej mąż został sam z siedmiorgiem dzieci. Nie był w stanie się nimi zająć. W tle był alkohol, chaos i bezradność. Dzieci miały trafić do Domu Dziecka, chyba że ktoś się nimi zajmie

– I wtedy usiedliśmy wszyscy razem: ja z mężem, moi rodzice, którzy z nami mieszkali i nasze dzieci. I zaczęliśmy się zastanawiać, co można zrobić – wspomina pani Elwira. – Decyzja zapadła wspólnie. Do naszego domu trafiły dwie dziewczynki z tej siódemki. Resztą dzieci zajęła się dalsza rodzina. Plan był prosty: pomóc im do pełnoletności. Żadnych wielkich idei, żadnego myślenia, że to zmieni całe nasze życie – wspomina.

Szybko okazało się, że pomimo tego, że dziewczynki były już nastolatkami, wielu rzeczy trzeba było je uczyć od podstaw. Przyszły z domu, w którym brakowało stabilności i bezpieczeństwa.

– One po prostu nie znały innego świata. Trzeba było je uczyć wszystkiego: higieny osobistej, nienajadania się na zapas, porządku, zasad. Jak funkcjonować w domu, w którym stawia się granice, ale też daje poczucie bezpieczeństwa i spokój – opowiada pani Elwira.

Szybko okazało się, że dziewczynki są obciążone FASD. – Wtedy nikt prawie o tym nie mówił, wszystko było w powijakach. My uczyliśmy się nie z książek, tylko z życia. Bo wiedza na ten temat – nawet lekarzy – była mała – wspomina nasza rozmówczyni.

 

„Na chwilę” w pieczy zastępczej
       Dziewczynki były w domu pani Elwiry prawie cztery lata, ale w międzyczasie zadzwonił telefon z MOPS-u i ośrodka adopcyjnego.

– Zapytali, czy przyjmiemy sześcioletniego chłopca do czasu wyjaśnienia jego sytuacji prawnej. „Na chwilę”. My już wtedy wiedzieliśmy, że ta „chwila” bywa bardzo długa – mówi pani Elwira

Adrianek został z nimi trzy lata. Potem przyszło kolejne rodzeństwo: Martynka i Adaś.

– Martynka była dzieckiem z niepełnosprawnością intelektualną, niemówiącą, z ogromnymi zaległościami rozwojowymi. Adaś był zdrowy, spokojny. Zaczęła się praca: przedszkole specjalne, specjaliści, logopedzi, psychologowie, codzienna ciężka praca i walka o przyszłość dziewczynki. – wspomina pani Elwira.

To wtedy zapadła decyzja o zostaniu zawodową rodziną zastępczą.

– Nikt wtedy jeszcze nawet nie myślał o pieniądzach za tę pracę. Przez pierwsze lata żadnej pensji nie było. Były tylko środki na utrzymanie dziecka. A i tak podjęliśmy decyzja o tym, że idziemy w to na serio – wspomina nasza rozmówczyni.

 

Radość ze szczypta goryczy


       – Zawsze cieszyliśmy się, kiedy dzieci szły do adopcji. Zawsze. Bo to znaczyło, że będą miały mamę i tatę na zawsze. Moim zadaniem było dać im bezpieczny start. A potem puścić dalej. – tłumaczy pani Elwira. – Tak sobie to układałam w głowie, tego uczono nasz na szkoleniach.

Opowiada o dzieciach, które odchodziły do rodzin adopcyjnych w Polsce i za granicą. Kontakt często zostawał.

– Dzisiaj piszemy do siebie przez komunikatory, czasem przez tłumacza. To są już dorośli ludzie. I to jest piękne – pani Elwira przyznaje z uśmiechem.

Kiedy wraca do historii Martynki i Adasia, głos jej mięknie.

– Byli u mnie najdłużej, bo aż 14 lat, wychowywałam ich jak swoje dzieci. Martynka to jest jedna z największych radości mojego życia. Dziewczynka, która kiedyś nie radziła sobie z podstawami, skończyła specjalną szkołę zawodową z czerwonym paskiem. Zdała egzamin praktyczny na kucharza. Przynosiła mi przepisy ze szkoły i gotowałyśmy razem. Teraz też radzi sobie bardzo dobrze. Jest samodzielna i to jest najważniejsze – mówi.

Adaś również dobrze wystartował. – szkoła średnia, zawód, praca, studia. Patrzyliśmy na niego z dumą. Wydawało się, że wszystko idzie w dobrą stronę. Ale dziś niestety nie mam z nim kontaktu. Czasem nie da się wygrać z przeszłością – wzdycha pani Elwira. I mówi wprost: Najtrudniej jest wtedy, gdy odchodzą. Gdy muszą same podejmować decyzje, a wsparcie systemowe nagle się kończy.

– Dopóki są u nas, są granice, zasady, czuwanie. Kiedy wychodzą w dorosłość albo wracają do rodzin biologicznych, bywa różnie – mówi.- Nie wszystkie historie kończą się dobrze. To boli. Ale to nie przekreśla sensu tej pracy. Trzeba się pogodzić z tym, że nie mamy wpływu na wszystko.

Opowiada też o rodzinach biologicznych, które „miały się poprawić”. I o tym, jak często rzeczywistość szybko weryfikuje nadzieje, że dzieci wrócą do swoich rodziców.

– Przez 22 lata mojej pracy tylko raz dzieci wróciły do swojej biologicznej mamy. Ona jedna potrafiła wygrać z nałogiem i dać dzieciom rodzinę. Naprawdę dobrze sobie radzi, minęło już kilka lat wciąż mamy kontakt. Widzę jak bardzo zmieniła swoje życie – cieszy się pani Elwira.

 

Sens, który zostaje
       Przez dom Państwa Karczewskich przewinęło się ponad trzydzieścioro dzieci. Każde z nich było inne.

– To nie jest droga dla każdego. Trzeba być gotowym na cudzy ból i na to, że nie wszystko się uda. – mówi pani Elwira. – Ale jeżeli możesz dać dziecku choć kawałek bezpiecznego życia, to jest to coś, czego nic nie zastąpi. Jeśli ktoś czuje potrzebę pomagania, to powinien spróbować. Najpiękniejsze jest to, kiedy dziecko po raz pierwszy zasypia spokojnie. Kiedy przestaje się bać. Kiedy przychodzi i mówi: „ciociu, przytul”. Kiedy w końcu czują się ważne. Ja nie zastąpię im mamy ani taty. Nigdy. Ale mogę być bezpieczną przystanią. I to już jest bardzo dużo. Jeszcze mam siłę. Jeszcze komuś pomogę…

 

*Imiona oraz niektóre szczegóły dotyczące dzieci zostały zmienione.

 

Jeśli myślisz o zostaniu rodziną zastępczą, przyjdź do Elbląskiego Centrum Usług Społecznych ul. Winna 9 lub skontaktuj się telefonicznie pod numerem: 55 625 61 22.

ECUS

Najnowsze artykuły w dziale Społeczeństwo

Artykuły powiązane tematycznie

Reklama